Artykuly > Recenzje imprez > Afrykamery 2017. Siła afrykańskiej kinematografii

Kinematografia afrykańska to słabo rozpoznany teren w Polsce. Na kontynencie tym powstaje pokaźna liczba coraz ciekawszych filmów, natomiast nie widać niestety przełożenia tego faktu na polskie sale kinowe. Za podstawowy przewodnik może służyć nam odbywający się od 2006 roku festiwal Afrykamera. We Wrocławiu mogliśmy obejrzeć część filmów prezentowanych podczas warszawskiej odsłony festiwalu. I w większości były to niezwykle interesujące pozycje.

Część tegorocznej edycji Afrykamer poświęcona była kinu ghanijskiemu. Kraj ten jest prawdziwą potęgą na mapie afrykańskiej kinematografii i w pełni odnalazło to swoje odzwierciedlenie w prezentowanych filmach. Dwa, moim zdaniem, najmocniejsze punkty wrocławskich Afrykamer, czyli „Dzieci gór” oraz „Przeklęci” to filmy związane z tym krajem.

Otwierający festiwal film „Dzieci gór” Priscilli Anany nie jest słodkim film o heroicznym macierzyństwie, ale mocnym manifestem zarówno walki o własną autonomię, jak i pracy nad własnymi ambiwalentnymi uczuciami względem chorego i odrzucanego przez ojca, jak i społeczność dziecka. Moim zdaniem powinien szerzej wejść na ekrany polskich kin, bo mimo pewnych różnic kulturowych jest bez wątpienia zrozumiały i aktualny także w naszym kontekście.

Natomiast „Przeklęci” w reżyserii Nana Obiri Yeboah to rozgrywająca się we współczesnej Afryce historia lokalnej wariacji na temat polowań na czarownice i poszukiwaniu kozła ofiarnego, którym stała się młoda dziewczyna przygarnięta przez jedną z rodzin w pewnej wsi. Mocny manifest filmowy na temat uprzedzeń i manipulowania lękami przez władzę, w tym przypadku religijną. Bardzo uniwersalny i ponadczasowy, ponieważ i dziś, także w Polsce doświadczamy podobnych mechanizmów „szczucia na obcego”, by odwrócić uwagę lub znaleźć wentyl bezpieczeństwa dla realnych problemów trapiących daną społeczność.

Oba filmy łączą się z wyeksponowaną w czasie tegorocznych Afrykamer tematyką kobiecą, obecną silnie także w filmach dokumentalnych: „Bi Kidude na celowniku” o „najstarszej wokalistce na świecie” śpiewającej o nierównościach społecznych i opresji kobiet lub „Świat Gilberte”, opowiadający o Gilberte Marimootoo-Natchoo, cenionej artystce z Mauritiusa. Niestety podczas wrocławskiej edycji nie mogliśmy zobaczyć filmu „Królowa Katwe” o szachistce z Ugandy walczącej o mistrzostwo świata.

Wątek kobiecy jest także obecna w filmie wojennym Licinio Azevedo "Pociąg soli i cukru". Tytułowy pociąg przemierza Mozambik w trakcie wojny domowej. Podróżujący nim ludzie próbują przetrwać przewożąc sól i cukier w czasach, w których bardziej niebezpieczne jest pozostawanie w miejscu. Podróż, która jednocześnie ujawnia prawdę o każdej osobie z biorącej w niej udział, a linia frontu przebiega także wśród nich.

Jedną z wyraźnie zaznaczających się intencji Afrykamer jest ukazanie tego kontynentu nie tylko w perspektywie wojen i głodu, ale także drzemiącej w nim siły i pomysłowości zamieszkujących go ludzi i rozwijającej się mimo przeciwności gospodarki. Film dokumentalny „Opowieść ugandyjska” pokazuje determinację z jakąś ludzie zamieszkujący północną Ugandę próbują odbudować swoje życie po konflikcie zbrojnym z chrześcijańską organizacją zbrojną o nazwie Armia Bożego Oporu, która chciała ustanowić teokratyczną dyktaturę. Film jednak mniej koncentruje się na tym konflikcie (co powoduje, że osoby niezaznajomione z historią konfliktu mogą nie do końca zrozumieć kontekst), a w większym stopniu na procesie odnowy.

Film „Kolwezi na fali” natomiast w momentami zabawny sposób pokazuje problemy z jakimi muszą zmagać się twórcy lokalnej telewizji w Demokratycznej Republice Konga. Mimo lekkiej formy zarówno rola tej niezbyt wyrafinowanej technicznie telewizji dla lokalnej społeczności, jak i problemy z jakimi muszą się jej twórcy zmagać (zastraszanie ze strony skorumpowanych władz) nie są błahe. O determinacji w realizacji „niemożliwych” do spełnienia marzeń oraz o dialogu międzykulturowym opowiada natomiast film „Latający Afrykanin”. Jest to historia mieszkańca Gabonu, który jako dziecko uległ fascynacji filmami kung-fu i postanowił wyruszyć do Chin, by jako pierwszy Afrykanin poznać tajniki chińskich sztuk walki.

Pewną odskocznią od powyższej tematyki był wyświetlany w ramach festiwalu egipski film „Niebieski słoń” z pogranicza kryminału i wizyjnego horroru w reżyserii Marwana Hameda. Muzyka w tym filmie jest równie ważna jak obraz i opowiada historię wraz z nim.

Generalnie Afrykamery to ważny punkt programu dla każdego kinomaniaka i każdej kinomaniaczki. Bez zapoznania się z najnowszymi dokonaniami kina afrykańskiego nie można twierdzić, że trzyma się rękę na pulsie światowego filmu. Trzeba na tym festiwalu bywać.

Mariusz Doluk

PS. Jeśli ktoś chciałby poznać moje oceny lub podyskutować o filmach zapraszam na mój profil na Filmwebie http://www.filmweb.pl/user/anduil