Artykuly > Recenzje imprez > Alright the Captain, Bear Makes Ninja, AveCeasar (03.04)

Będąc na niedzielnym koncercie w klubie Alive przypomniało mi się, że ponad 40 lat temu, w 1973 r., Edgar Winters ze swoją rozimprowizowaną instrumentalną kompozycją Frankenstein dotarł do pierwszego miejsca amerykańskiej listy przebojów. To wydarzenie z dalekiej przeszłości uciszyło malkontentów podnoszących, że trudne instrumentalne granie nie może być melodyjne i nie nadaje się na listy przebojów. Przypomniał mi się ten epizod podczas koncertu Alright the Captain, który miałem przyjemność oglądać 3 kwietnia. Brytyjskie trio dzieliło scenę we Wrocławiu razem z drugim brytyjskim triem - Bear Makes Ninja natomiast obie kapele poprzedzało wrocławskie duo - AveCeasar.

O godzinie 20:00 pojawili się na scenie gitarzysta i perkusista AveCeasar, odpowiednio przebrani w maski sowy i niedźwiedzia tworząc coś na kształt dwuosobowego folwarku zwierzęcego. Z wyglądem scenicznym współgrała żywiołowa gra świateł i w efekcie koncert Wrocławian robił wrażenie już samym wyglądem. A muzycznie? Spokojne, melodyjne plumkanie gitary na wstępie zostało już po minucie przecięte ostrą noise'ową ścianą przesteru z gęstą grą na bębnach. Klimat brudnego, garażowego grania bardzo mi odpowiada więc koncertu Wrocławian dobrze mi się słuchało. Jednocześnie kolega za moim uchem powtarzał co i rusz nazwę najsłynniejszej kapeli z Seattle (albo z Aberdeen jak kto woli). Nie da się ukryć, że muzycy bardzo dobrze czują się w mocnym punkowo/grunge'owym graniu. Najlepszym przykładem był najmocniejszy w zestawie - Puristic Homeland, który spokojnie mógłby się znaleźć na Bleach wiadomego zespołu. Jednak dla kontrastu chłopaki umieją wytworzyć też całkiem przestrzenną, spokojniejszą atmosferę. Tu na drugim biegunie znajduje się kawałek Wide, który mi najbardziej przypadł do gustu z całego koncertowego setu AveCeasar.

Następnie na scenie pojawili się Anglicy z Alright The Captain. To głównie na ten zespół czekałem i się nie zawiodłem. Jak wspomniałem na wstępie - muzycy bez problemu łączą technikę z melodiami. Ich piosenki są tak pomyślane, że mogą przypaść do gustu miłośnikom rocka progresywnego jak i zwykłym słuchaczy radia. A do tego wszystkiego wystarczą im 3 - 4 minuty, bez zalewania odbiorcy półgodzinnymi improwizacjami. Zespół, podobnie jak Rush jest kolejnym przykładem na to, że im mniej muzyków w grupie tym więcej można wycisnąć ze swoich instrumentów na scenie. Słyszalne to było gdy muzycy grali takie kawałki jak Eagle Hands, czy mój ulubiony French for Gnome z najnowszej płyty. Pod względem scenicznym nie było mowy o statycznym odgrywaniu swoich partii. Frekwencja na koncercie nie powalała ale ci co przybyli na koncert zgotowali zespołowi tak entuzjastycznie przyjęcie, że muzykom również udzielił się dobry humor i nie jeden raz można było zobaczyć członków Alright the Captain podczas grania wśród publiczności (szczególnie żwawy był basista Todd, który czasami dzierżył też w ręce syntezator o aparycji wielkiego kalkulatora).

Bear Makes Ninja to więcej zwartego rockowego grania niż Alright The Captain ale oba angielskie zespoły łączy podobne wyczucie melodii. Grupa promowała swoją najnowszą płytę Shenanagrams więc mogliśmy usłyszeć kilka piosenek z tego krążka, przede wszystkim BFC (Banned From Chicken) czy These Little Snakes. Zespół sięgnął też do starszych nagrań jak np This Is Your War z debiutanckiej płyty If We Were Cats, mi osobiście bardzo przypominający Pixies. I to właśnie duch tego klasycznego składu unosi się nad twórczością Bear Makes Ninja, czyli mieszanina szeroko pojętego czadu z wpadającymi w ucho melodiami. Można do tego przypinać różne etykietki pokroju noise/punk/grunge/djent i co tam jeszcze chcecie ale prawda jest taka, że to po prostu po mistrzowsku grana energetyczna muzyka rockowa, zagnieżdżająca się od razu w głowie słuchacza. Trójka muzyków była bardzo dynamiczna na scenie co jeszcze dodatkowo nakręcało od początku pozytywnie nastawioną publiczność, która pod koniec koncertu postanowiła dosłownie porwać gitarzystę prosto ze sceny. Okazało się też, że perkusistka Karina Lawrence ma polskie korzenie i całkiem nieźle sobie poradzłia jako konferansjer na scenie zapowiadając piosenki w naszym ojczystym języku.

Dawno nie byłem na koncercie, który dostarczył by mi tyle radości i pozytywnych emocji. Sądząc po reakcji to publiczność była wniebowzięta. Mi osobiście najbardziej spodobał się występ Alright The Captain ale uczciwie trzeba przyznać, że wszystkie trzy kapele świetnie zagrały i trzymam kciuki za to by Anglicy odwiedzili jeszcze Wrocław w przyszłości. Kto nie był niech żałuje.

Maciej Baranowski