Wybraliśmy się na środowe rockowe prezentacje do Zmierzchu, nie wiedząc co, ani jak zostanie nam podane. Czyli jak sama nazwa wydarzenia wskazuje, poszliśmy zobaczyć co krakowski zespół nam zaprezentuje.

fot.Przemek Maciakiewicz
Co po pierwsze? Po pierwsze i bardzo uderzające, utwory zaczęli wykonywać po angielsku. I z jednej strony to dobrze, biorąc pod uwagę fakt, że chyba mieli brzmieć – i w gruncie rzeczy brzmieli – jak kalifornijski rock. Ale nie taki prosto z Kalifornii, bo bardziej surowo, ozięble, outsidersko. Z drugiej strony, nie ma chyba lepszego sposobu na samobójstwo, niż granie po angielsku, będąc nieznanym zespołem grającym w tak kiepsko nagłośnionych klubach. Ja, pomimo znajomości języka angielskiego dość dobrze, nie zrozumiałam prawie nic. A podejrzewam, że nie wszyscy spośród ok. 30 osób znajdujących się w klubie angielski znali, więc im w pamięć zbyt wiele prawdopodobnie nie zapadło. Być może jedynie któryś spośród dwóch zagranych coverów (Reamonn - „Supergirl” i Glen Hansard & Marketa Irglová - „Falling Slowly”), choć nie do końca jestem pewna czy dobry był to pomysł, bo piękne „Falling Slowly” zepsuli tak perfekcyjnie, że aż po plecach przechodziły mnie nieprzyjemne dreszcze, jak podczas pocierania styropianem, albo drapania paznokciami po tablicy.
Breathe & Miracle pogrywają mocniej, ale potrafią też zwolnić i trochę zakołysać. Mimo wszystko nie było tak źle, a powiedziałabym nawet, że do posłuchania przy piwie są całkiem przyjemni. A czy to co aktualnie prezentują to kres ich możliwości, czy może jest w nich potencjał, który dopiero kiedyś się rozkręci, to już pokaże czas.
Kasia Seredyńska |