Artykuly > Recenzje imprez > D.R.I., Terrordome, Tester Gier (31.07)

Trzydzieści lat temu w Stanach Zjednoczonych powstała pewna podziemna scena, która skutecznie podważyła stereotyp lat osiemdziesiątych jako "plastikowej" dekady w muzyce. Wówczas to zaczęła się rozrastać amerykańska odmiana punk rocka. Miała szczególnie brutalny charakter, pozbawiony zbędnych ozdobników, daleki od bogatego brzmienia albumu London Calling Brytyjczyków z The Clash. Młodzi gniewni Amerykanie nagrywali płyty wypełnione kilkudziesięcioma piosenkami, czasami trwającymi niespełna 30 sekund (Przykład? Debiut płytowy bohaterów niniejszego tekstu - Dirty Rotten EP z 1983 r.). Dominowało podejście aby w jak najkrótszym czasie wycisnąć jak najwięcej, jak najgłośniejszych dźwięków z piosenki. Do tego dochodziły obrazoburcze, rebelianckie teksty, nie uznające żadnego tabu czy poprawności politycznej (vide: Guilty of being white Minor Threat). Atmosfera wokół tej muzyki była na tyle gęsta, że swego czasu jeden z pionierów hardcore-punka zespół Black Flag był uważany za politycznych terrorystów przez niektóre organy porządku publicznego w Los Angeles. 31 lipca mieliśmy okazję gościć na koncercie we Wrocławiu jedną z wiodących kapel tej amerykańskiej hordy - Dirty Rotten Imbeciles.

No właśnie - koncerty zespołów hardcore-punkowych to nie przelewki. "Rozpierdol" to najdelikatniejsze określenie tego co się działo na koncertach Minor Threat, Dead Kennedys czy właśnie D.R.I. Włażenie na scenę przez publiczność było czymś normalnym, podobnie jak lejąca się krew pod sceną (a czasem i ofiary śmiertelne). Chyba najbardziej obrazowo opisał to nieżyjący już gitarzysta Slayera - Jeff Hanneman: Wystarczyło zapłacić dolca wstępu, albo przeskoczyć przez płot, co zwykle robiłem i załapywałeś się na 20 minut koncertu. Wszyscy śpiewali krótkie piosenki, złożone z trzech akordów, z tekstem "Pierdolcie się, mamy tanie wzmacniacze" i wszystkim się podobało (1). Bardziej dociekliwi mogą wyszukać na youtube fanowskie nagrania z epoki na kasetach VHS aby mieć pełny obraz tego o czym piszę. Tak było w połowie lat osiemdziesiątych. A jak się prezentuje ta muzyka w 2015 roku?

Z Kalifornii przenosimy się do Wrocławia. Tej nocy do klubu Od zmierzchu do świtu zjechały się wielkie tłumy fanów, w takich ilościach, że takiego ścisku nie pamiętam w tym miejscu od dawna. Wszyscy odpowiednio ubrani z bandanami, w glanach i koszulkach swych ulubionych kapel (merch D.R.I. rozchodził się błyskawicznie). Kalifornijczycy byli supportowani przez dwie polskie kapele - Tester Gier i Terrordome.

Pierwszy zaczął Tester Gier, muzyka kapeli opiera się na mieszaniu punka, thrash metalu i hardcore'u. Zespołowi przewodziło na scenie dwóch wokalistów. Razem z resztą muzyków i fanami sprawili, że na scenie było w pewnym momencie bardziej ciasno niż pod sceną. Od Testera Gier mogliśmy usłyszeć takie "hity" jak Tony Hawk, Kower Metalliki (który bynajmniej kowerem nie jest) Pluję na waszą marność czy też moja nowa piosenka na wakacje - Wypierdalam na Hawaje ;) Brzmienie instrumentów momentami było bardzo "zlane" ale bądźmy szczerzy, chyba nikomu z obecnych to nie przeszkadzało. Tym niemniej, gitarzyści Testera potrafią wycinać bardzo precyzyjne riffy i melodyjne solówki, które dodają dużo luzu tej brutalnej muzyce. Chłopaki umieją grać zapadające w pamięć refreny, których trudno nie śpiewać razem z wokalistami. Ja się bawiłem bardzo dobrze na koncercie Testera Gier i chyba reszta publiczności też.

Następny zespół Terrordome nie brał jeńców. Kwartet gra bezlitosny crossover/hardcore, jak też opisuje swą muzykę. Ja bym jeszcze dodał odrobinę nowojorskiego hardcore'u (w nielicznych, wolniejszych fragmentach). Zespół nie bierze jeńców, a jakby ktoś miał wątpliwości w tej kwestii to takie piosenki jak Brutal Punishment czy Wish You Were Killed już po samych tytułach sugerują, że kapela wypala sobie ścieżkę kariery za pomocą napalmu. Szybko, brutalnie i bezkompromisowo, znacznie bliżej wściekłego metalu niż punk rocka - tak można opisać muzykę Terrordome. Natomiast w piosence Back To The 80. (zgodnie z tytułem) pobrzmiewało bardziej korzenne thrashowe granie. Nie muszę dodawać, że na brak aktywności pod sceną zespół nie mógł narzekać.

Po Terrordome przyszedł czas na headlinera. D.R.I. jeszcze w latach 80. wywierał gigantyczny wpływ na scenę podziemną - głównie na rzesze zespołów punkowych ale też i na kapele, które za cel postawiły sobie zbrutalizowanie heavy metalu (najlepszy przykład - Slayer). Z czasem wszystkie te hałaśliwe gatunki uległy wymieszaniu co zostało nazwane Crossover (to również nazwa trzeciej płyty D.R.I.). Zespół od dawna nie nagrał nowej płyty ale fakt ten raczej nie przeszkadzał tej nocy biorąc pod uwagę ilość piosenek, które zagrali na koncercie (ja przestałem liczyć przy dwudziestej). Zresztą to nie były dobre okoliczności na zadania z matematyki. Ważniejsze było pytanie "czy wszystkie moje zęby są tam gdzie powinny być?". Pomijając strużkę ciepłej krwi z buzi, reszta była na miejscu. Gorzej, że po którymś circle-picie doszedłem do wniosku, że w kieszeni gdzie miałem portfel z kluczami do mieszkania teraz ziała wielgachna dziura. Przez resztę koncertu rysowała mi się perspektywa spania na wycieraczce... Jak wypadł sam koncert? Gitarzysta Spike Cassidy wycinał serię szybkich, ostro ciętych riffów, Kurt Brecht zdzierał gardło do granic możliwości a sekcja rytmiczna Harald Oimoen - Brandon Karns bardziej siekała rytmem niż go nabijała. Owszem, można wypominać chaotyczne brzmienie czy niestrojenie gitary w paru momentach ale jak już pisałem - nie o aptekarską precyzję chodzi w tej muzyce. W kwestii setlisty mogliśmy usłyszeć tej nocy Beneath The Wheel, Couch Slouch czy długo wyczekiwane przeze mnie Violent Pacification. Po takim koncercie można było tylko powtórzyć: Who Am I? D.R.I.!

p.s. Podziękowania składam wokaliście Kurtowi Brechtowi, który uratował mi życie znajdując i oddając portfel po koncercie :)

Maciej Baranowski