Artykuly > Recenzje imprez > Eleven Bike Fest 2016 - relacja z festiwalu

Get your motor runnin'/Head out on the Highway/Lookn' for adventure/And whatever comes our way. Tymi słowami zaczynała się kultowa piosenka zespołu Steppenwolf Born To Be Wild - ponadczasowy hymn wszystkich pasjonatów jazdy na jednośladach. Zawsze jak słuchałem tych słów to gdzieś z tyłu głowy ciągnęło mnie by w przyszłości samemu sobie sprawić motocykl i w pełni dać się pochłonąć tej pasji. Marzenie się nie spełniło ale przynajmniej namiastkę mogłem poczuć na tegorocznej edycji Eleven Bike Fest - ogromnego zlotu motocyklistów, któremu towarzyszyły koncerty wielu uznanych kapel z kultową Uriah Heep na czele.

Rok wcześniej mogliśmy gościć zespoły Saxon i Black Label Society. W tym roku organizatorzy Harley-Davidson Club Eleven postawili na silną polską reprezentację. IRA, Dżem, Piersi i TSA to nazwy które kojarzą wszyscy fani rodzimej muzyki rockowej. Towarzyszyły im też młodsze kapele - Sin, Garash i Trzynasta W Samo Południe. Ja byłem głównie dla muzyki i to na sobotnich koncertach ale udało mi się jeszcze załapać na wyjazd wielkiej kolumny motocyklistów z terenu festiwalu. Widok takiej ilości potężnych maszyn nawet na takim laiku jak ja musiał zrobić wrażenie.

Po tym zdarzeniu trzeba było trochę poczekać ale o 16:00 rozpoczęły się pierwsze koncerty. Pierwszy wystąpił zespół SIN. Muzyka kwintetu to spora dawka porządnego czadowego hard'n'heavy w klasycznym wydaniu z charyzmatyczną wokalistką na czele. Zespół wypadł całkiem porządnie grając na przykład żywiołowy Ogień chociaż mi bardziej przypadł do gustu bardziej klimatyczny Sen czy balladowy Jeden Krok. Następnie zagrali Garash. Przyznam, że nazwa trochę mnie zmyliła bo spodziewałem się grania w klimatach The Stooges czy MC5 a tutaj już samo instrumentarium odbiegało mocno od wymienionych kapel bo gitarom i sekcji rytmicznej towarzyszyły klawisze i swojska cyjka (czyli innymi słowy akordeon). I taki właśnie biesiadny charakter ma muzyka Garash. Może nie wszystkie dźwięki generowane przez ten skład mi się podobały ale braku oryginalności muzykom zarzucić nie można. Zresztą pod sceną było paru fanów kapeli, którzy bardzo dobrze się bawili ale generalnie na Garash jak i na wcześniejszym koncercie SIN publiczności było niewiele bo ludzie dopiero powoli spływali pod scenę.

Ten ostatni problem nie dotyczył następnego zespołu. Trzynasta W Samo Południe to czadowy hard-rock o mocno południowym posmaku (co też mocno sugeruje kowbojski image grupy) podlany metalowym sosem. Skojarzenia dość szybko biegną w kierunku twórczości Zakka Wylde'a ale zamiast Black Label Society bardziej mam na myśli poprzedni zespół Zakka - Pride & Glory. Grupa swą wyluzowaną muzyką szybko przyciągnęła masę publiczności pod scenę. Wrocławianie dowalili takimi hitami jak Hell Yeah (zagrany też drugi raz na bis) Biegnę czy Trzynasta W Samo Południe. Nie zabrakło też coverów - TNT AC/DC czy Hot Stuff (Donny Summer) - ten ostatni bardziej mi się spodobał w wykonaniu Trzynastej niż Acid Drinkers, którzy swego czasu też wzięli ten kawałek na tapetę. Oceniając całość - mogliśmy zobaczyć świetny koncert świetnego zespołu.

Po tej dawce rockowego czadu przyszedł czas na bluesa. I to na klasykę polskiego bluesa (z dodatkiem pulsującego jamajskiego rytmu). W pierwszej kolejności słuchacz oczywiście kojarzy muzykę Dżemu z takimi hitami jak Whiskey, Czerwony Jak Cegła, Naiwne Pytania czy Wehikuł Czasu (wszystkie wymienione mogliśmy usłyszeć na koncercie). Ale dopiero na żywo można poczuć siłę tego zasłużonego zespołu. Jak na scenie grali Złotego Pawia to autentycznie cały tłum pod sceną bujał się rytmicznie do muzyki Dżemu. Natomiast chwilę na złapanie oddechu przyniosło Do Kołyski. Warto wspomnieć, że gitarzyści Adam Otręba i Jerzy Styczyński nierzadko podczas koncertu lubią odbiec w kierunku improwizacji przez co ma się wrażenie, że muzyka Dżemu na koncertach żyje według własnych reguł i nie jest prostym przeniesieniem nagrań studyjnych na deski sceny. Natomiast wokalista Maciej Balcar wspomniał na scenie dwóch tragicznie zmarłych muzyków grupy Ryszarda Riedla i Pawła Bergera. Na sam koniec nie mogło oczywiście zabraknąć piosenki Harley Mój - nazwa festiwalu zobowiązuje.

TSA zaczęli mocnym akcentem - na sam początek zagrali nam Maratończyka. Grupa zaopatrzyła się też w efekty pirotechniczne przez co już wizualnie szoł TSA robił wrażenie. Warto też wspomnieć, że to jeden z niewielu zespołów, który obecnie gra w oryginalnym składzie (t.j. Piekarczyk - Nowak - Machel - Niekrasz - Kapłon) i w takiej postaci panowie pojawili się na scenie. Poza Maratończykiem dostaliśmy jeszcze takie hity jak Proceder, Zwierzenia Kontestatora czy wzruszający 51. Ta ostatnia piosenka została zadedykowana motocyklistom, którzy zginęli w wypadkach drogowych. Sporą niespodzianką był natomiast zagrany na bis Marsz Wilków - ja ostatni raz tę piosenkę słyszałem na winylu wiele lat temu. Koncert zespołu został świetnie przyjęty - publiczność znała teksty piosenek na pamięć i od początku do końca była dyrygowana przez Marka Piekarczyka. Jednak największą energią wykazywał się gitarzysta Andrzej Nowak - on po prostu chyba urodził się na scenie podczas koncertu rockowego. Jego wyczyny niewiele się różniły od tych, które moje pokolenie mogło oglądać na starych nagraniach telewizji z 1982 r.

No i docieramy do gwiazdy wieczoru. Uriah Heep to jeden z filarów muzyki hard rockowej z lat 70. obok Deep Purple czy Led Zeppelin. Zespół był źródłem inspiracji dla późniejszej Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu z Iron Maiden na czele. Grupa miała dość wyboistą drogę kariery i obecnie jedynym oryginalnym członkiem jest gitarzysta Mick Box. Koncert zaczął się tak jak zaczynała się debiutancka płyta - Gypsy. I już od pierwszych sekund było wiadomo, że zespół mimo upływu wielu lat jest w świetnej formie. Następnie poszedł Look At Yourself w iście czadowej wersji. W ogóle odniosłem wrażenie, że piosenki które nagrali w latach 70. na koncercie - po dodaniu podwójnej stopy i zagęszczeniu pracy gitar - zabrzmiały znacznie mocniej. Jeśli chodzi o najnowszą płytę to grupa zagrała nam dynamiczny kawałek The Law i napędzany podwójną stopą The Outsider. Jak nam oznajmił wokalista Bernie Shaw "Mamy i coś starego i coś nowego do zagrania". Niespodzianką był natomiast mniej znany kawałek (choć ze znanej płyty Look At Yourself) Shadows of Grief. W pewnym momencie wokalista opowiedział nam o komponowaniu muzyki na początku lat 70. i krótko o historii rocka progresywnego. Ta zapowiedź mogła oznaczać tylko jedno - The Magicians Birthday - 10-minutowy kolos z dodanymi różnymi motywami i długą wystrzałową solówką Micka Boxa. Wszyscy jednak najbardziej czekali na największy hit zespołu - July Morning. To jest jedna z najważniejszych piosenek w historii muzyki rockowej oferująca emocje które wywołują ciarki u słuchacza. Na sam koniec Bernie nam oznajmił, że "przecież nie puścimy was do domu bez Easy Livin'". Słowa dotrzymał.

I parę słów na koniec. Pogoda dopisała i przez cały czas świeciło słońce do samego wieczora (w piątek było zachmurzenie) toteż na pogodę nikt nie mógł w sobotę narzekać. Nagłośnienie też było całkiem w porządku chociaż podczas koncertu Dżemu Maćkowi Balcarowi w pewnym momencie wysiadł mikrofon ale szybko uporano się z tym problemem. Wielu natomiast narzekało (czemu się osobiście nie dziwię) na to, że nie można było wejść z piwem na pole przed sceną. Na festiwalach europejskich (a przypuszczam, że i na zlotach motocyklowych) nie ma takich ograniczeń ale w Polsce jakoś jest z tym problem. Choć tu raczej należałoby winić nie organizatorów a głupie przepisy. W efekcie dochodziło do kuriozalnych sytuacji gdy można było wnieść scyzoryk pod scenę ale z piwem to ani kroku dalej chociaż 100 metrów wcześniej był ogródek piwny. Może na przyszłorocznej edycji doczekamy się jakichś zmian w tej kwestii.

Maciej Baranowski