Artykuly > Recenzje imprez > Folk Fest 2015 - Ensiferum, Metsatöll, Skyforger, Radogost, Helroth (02.10)

Dziesięć lat temu redaktor Teraz Rocka, odnośnie artykułu o System of a Down, pisał "Wyobrażacie sobie Polaków zakładających w Chicago metalową kapelę, która wplata do muzyki elementy ludowe? Nieparzyste metrum oberków? Przytup kujawiaka? I jeszcze nie wstydzi się śpiewać z ciężkim akcentem? Jakoś trudno..."(Teraz Rock 12/2005). To rzeczywiście mogło być trudne do wyobrażenia w 2005 roku ale na szczęście dzisiaj możemy dodać z czystym sumieniem, że co się odwlecze to nie uciecze i nieparzyste metrum oberków w 2015 roku już nikogo nie dziwi. W szczególności po tegorocznej edycji Folk Festu, 2 października, w klubie Alibi.

Dobra, oczywiście nie wszystkie zespoły, które grały tego dnia na deskach Alibi, były z Polski. Nasz kraj reprezentowały Helroth i Radogost. Następnie mogliśmy zobaczyć Łotyszy ze Skyforger, Estończyków z Metsatöll i jako gwiazdę wieczoru - Finów z Ensiferum (chyba przyjęto zasadę "im później, tym bardziej na północ").

Nie da się ukryć, że folk-metalowe granie jest w dzisiejszych czasach bardzo popularne, przez co też bardzo rozpowszechnione i trzeba się w tej konkurencji naprawdę wyróżniać od innych kapel by zaoferować coś świeżego. Na szczęście organizatorzy dobrali bardzo mocny skład i z zadowoleniem mogę stwierdzić, że wszystkie zespoły zagrały tego wieczoru bardzo udane koncerty. Niestety nie mogę tego samego napisać o nagłośnieniu ale o tym później. Co do samego folk metalu to jest to muzyka w której można w różny sposób rozkładać akcenty. Można dla przykładu zagrać dwudziesto minutową mantrę na instrumentach przypominających kłody, których nazwy nawet nie znam, bez gitar i sekcji rytmicznej (nie żartuję, na własne oczy widziałem coś takiego i to na festiwalu metalowym). A można w ogóle obejść się bez ludowego instrumentarium i skupić się na metalowym wymiataniu a tylko tekstowo i wyglądem nawiązując do swoich korzeni. Na Folk Feście zespoły raczej łączyły te dwa światy ale bez wątpienia wszystko co usłyszeliśmy pozostało w kręgach szeroko pojętej muzyki metalowej.

Tyle w teorii. Pierwszy zaczął zespół Helroth. Warszawiacy mają na koncie dopiero demo i jedną EPkę ale nie przeszkodziło im to zagrać mocnego, żywiołowego koncertu. W skład zespołu wchodzi wokalista, dwóch gitarzystów, sekcja rytmiczna, skrzypek i flecistka (trudno uwierzyć, że wszyscy się pomieścili na malutkiej scenie Alibi). Zespół oczywiście w pełni wykorzystuje bogate instrumentarium przez co w ostatecznym efekcie słuchacze pod sceną otrzymali wielowątkowe kompozycje, często złożony z różnych elementów - momentami grali brutalnie, niemalże deathowo aby w następnej minucie przejść do łagodnych dźwięków fletu, skrzypiec i żeńskich wokali. Czasami można się było w tym pogubić ale czasem dawało to też świetny efekt w postaci bardziej melodyjnych (i lepiej skomponowanych) pieśni takich jak Prząśniczka czy też świetnej Karczmie Rzym gdzie zespołowi w śpiewaniu pomogli fani tworząc przy tym bardzo biesiadną atmosferę. Szkoda tylko, że bogate instrumentarium zespołu zderzyło się z chaotycznym nagłośnieniem co (szczególnie z tyłu widowni) brzmiało jak kakofonia. Ale trudno za to winić sam zespół.

Radogost to jakby inna bajka w podejściu do korzennego metalu. W przeciwieństwie do Helroth zespół kładzie nacisk na klasycznym, metalowym instrumentarium (z pomocą skrzypiec) co słychać w ich muzyce. Gitary ewidentnie dzielą i żądzą co jest o tyle dobre, że zespół ma bardzo utalentowanych gitarzystów (Łukasza Muschiola i Mariana Kolondra) którzy bez żądnych problemów umieli skakać między mięsistym, rytmicznym graniem a melodyjnym tappingiem a la Eddie Van Halen. Można się o tym było przekonać w żywiołowym wykonaniu Na dnie wielkiej góry czy Rarogu z najnowszej płyty. Gitarom świetnie akompaniowały skrzypce, które jeszcze dodawały dynamiki tej żywiołowej muzyce zachęcając zebraną widownię do dzikiego tańca pod sceną. Bardziej nietypową kompozycją było Dziedzictwo gdzie więcej było słychać niepokojących akustycznych dźwięków kreujących upiorny klimat z niesamowicie chwytliwym refrenem: Będą o nas śpiewać, wielbić sławić oraz czcić / będą nas wspominać, póki saga żyje w nich. Przyznam szczerze, że z tego dnia najbardziej mi się podobał właśnie koncert Radogosta, najbardziej żywiołowy i chyba najmniej skrzywdzony przez nagłośnienie.

Następnie przyszedł czas na zagraniczne zespoły. Łotewski Skyforger to weterani, obecni na scenie od drugiej połowy lat 90. i też chyba najbardziej znany zespół metalowy pochodzący z tego kraju. Zespół zawsze imponował chęcią szczegółowego objaśniania tekstów i symboliki swoich piosenek (szczegóły na oficjalnej stronie: http://skyforger.lv/lv/). Tym razem zespół zabrał nas do dawnych, wczesnośredniowiecznych Prus (tej dawnej krainy dotyczą teksty z najnowszej, świetnej płyty). Muzykę Skyforgera cechuje więcej surowości i metalowego zgiełku. W muzyce zespołu rzadko można usłyszeć ludowe instrumenty (wyjątkiem była płyta Zobena dziesma zawierająca repertuar składający się z tradycyjnych piosenek łotewskich). Zespół zaczął tak samo jak na najnowszej płycie - Ei skija, skija i ciężki, gnający utwór tytułowy Sanprusija. Tego wieczoru mogliśmy też usłyszeć Divi brali czy też piękną Ramavę. Zespół zagrał świetny, mocny koncert i spotkał się z ciepłym przyjęciem przez fanów pod sceną. Repertuar był trochę skrócony ale niestety takie są prawa festiwalu.

Z Łotwy do Estonii przeniósł nas kolejny zespół Metsatöll. Podobnie jak Skyforger zespół śpiewa w swoim rodzinnym języku co ma tę zaletę, że jest oryginalne i egzotycznie brzmi ale z punktu widzenia kogoś kto ma pisać o muzyce to istny koszmar, mogą zaśpiewać Inwokację do Pana Tadeusza po estońsku i nikt się nie połapie (nawet nie jestem pewien czy poprawnie piszę tytuły piosenek). W kwestii muzyki zespół lubuje się w znacznie cięższym graniu (początek piosenki, którą zagrali, Lööme Mesti wręcz mocno kojarzy się z Hammer Smashed Face Cannibal Corpse). Jednak wbrew temu co napisałem powyżej, w pewnym momencie zespół skręcił o 180 stopni i rozpoczął dziesięciominutową mantrę na same wielogłosy. Wokalista Markus Teeäär wyglądem przypominał bałtowską wersję Zakka Wylde'a ale największym showmanem był kobziarz Varulven, który ze swoim instrumentem wyczyniał te same rzeczy co Jimi Hendrix z gitarą 40 lat temu (spróbujcie zagrać na dudach z za pleców ;)).

Ensiferum to bez wątpienia jedna z najważniejszych kapel na folk metalowej scenie. Obecnie są zespołem tej samej wagi co Amon Amarth czy Eluveitie. Z tą różnicą, że jeśli muzykę Amon Amarth można porównać do uderzenia ciężkim toporem wikinga tak piosenki Ensiferum to szybkie i finezyjne cięcie mieczem. Finowie lepiej czują się w szybkim, precyzyjnym ale i melodyjnym uderzeniu gitar z ewentualną pomocą klawiszy. Zespół ma wielu fanów w naszym kraju, w Alibi wielu z nich nosiło charakterystyczne makijaże jakie muzycy noszą na scenie. W piątek mogliśmy usłyszeć takie hity jak From Afar, In my sword I trust, One Man Army ( z najnowszej płyty) a w szczególności Lai lai hei. Ta majestatyczna, zakręcona kompozycja wprawiła zebranych w istną ekstazę i spotkała się ze szczególnie ciepłym przyjęciem, nie obyło się bez wspólnych tańców i śpiewania tekstu przez publiczność. Zespół zaprezentował świetny zestaw swoich najlepszych piosenek ale też dało się odczuć, że już pod koniec koncertu wielu ludzi było zmęczonych. Jakby nie patrzeć to pięć kapel pod rząd i zarazem pięć bardzo dobrych koncertów, które żadnego maniaka folk metalu nie powinny zostawić obojętnym. Szkoda tylko słabego nagłośnienia, które trochę zaniża ogólną pozytywną ocenę wydarzenia.

Maciej Baranowski