Artykuly > Recenzje imprez > Kasia Kowalska akustycznie w Alibi (18.11)

Na koncert Kasi Kowalskiej wybrałem się nie jako fan, lecz z ciekawości. Od lat przeróżne stacje radiowe proponowały mi jej twórczość i zawsze byłem pod wrażeniem zarówno samych kompozycji, (nieskomplikowanych, ale wcale nie prostackich i do tego wpadających od razu w ucho), jak i jej głosu – czasem bardzo delikatnego, a czasem uzbrojonego w prawdziwy rockowy pazur. Zdecydowałem się więc sprawdzić jak radzi sobie na żywo.

Z radością powitałem na plakacie tytuł "The Best Of". Nabrałem pewności, że solistka wykona przynajmniej kilka radiowych szlagierów. Jak się okazało w trakcie występu, znałem jej repertuar o wiele lepiej, niż mi się zdawało. Ponadto trasa Kasi Kowalskiej gwarantowała fanom nową akustyczną interpretację ich ulubionych hitów. Zawsze jestem podekscytowany taką propozycją, ponieważ może to oznaczać dwie rzeczy: albo będzie klapa, bo muzycy nie podołają zmyślnemu przearanżowaniu swego materiału, albo wykonanie będzie zgrabne i ciekawe. Z rzadka pojawia się również trzecia możliwość – niektóre utwory w wersji akustycznej okazują się o wiele lepsze od oryginału. Cóż, nikt przecież nie zabroni pomarzyć...

Przed występem gwiazdy na scenie gościło dwoje artystów. Chłopak przygrywał na gitarze młodej atrakcyjnej wokalistce, która rozgrzewała publiczność śpiewając trochę po angielsku, trochę w języku ojczystym. Niestety wrzawa panująca w Alibi nie pozwoliła mi na usłyszenie pod jakim występowali szyldem (ze zdumieniem stwierdziłem, że informacja ta nie pojawiła się ani na plakacie, ani w sieci). Bardziej przejąłem się kwestią nagłośnienia; bałem się bowiem, że Kasi też nie będę w stanie zrozumieć.

Tym razem jednak muszę Alibi pochwalić. Niemal zawsze mam "ale" do nagłośnienia w tym klubie, ale najwyraźniej koncerty akustyczne potrafią przygotowywać bardzo dobrze. Od samego początku występu Kasi Kowalskiej wyraźnie słyszałem każde słowo i wszystkie instrumenty.

Artystka obiecała fanom "The Best Of" i dotrzymała słowa: nie zabrakło takich utworów jak "Antidotum", "Spowiedź" czy "To co dobre". Bez wątpienia jednak całym klubem najbardziej zatrząsł hit zatytułowany "Domek z kart", podczas którego solistka bez problemu przekonała wszystkich obecnych do wspólnego śpiewu. Osobiście bardzo chętnie wysłuchałem jej interpretacji "Snu o Warszawie" Czesława Niemena i delikatnego hołdu dla niedawno zmarłego Leonarda Cohena w postaci słynnego na całym świecie "Hallelujah".

A jak zaprezentowała się sama Kasia Kowalska? Cóż... Gdy śpiewała którąś z bardziej nostalgicznych piosenek, twarz miała jak z kamienia. Jednakże gdy perkusja wybijała skoczny rytm, przywoływała szczery uśmiech. Nie ma wątpliwości, że kocha być piosenkarką i jest wdzięczna swoim fanom za ich entuzjazm. Do tego stopnia, że po występie bardzo długo i cierpliwie podpisywała płyty, zdjęcia, z uśmiechem pozowała do setek zdjęć. To urzekło mnie w niej najbardziej – wydała mi się autentyczna. Stać na to niewielu muzyków, którzy odnieśli komercyjny sukces.

Zazwyczaj na sam koniec przyczepiam się do czegoś, bo przecież nie istnieje coś takiego jak koncert bez błędów, ale tym razem nie mam nic do dodania. Jeśli jakieś wtopy się pojawiły, to może na scenie jeden muzyk łypnął na drugiego, ale na sali nikt się nie zorientował. Kasia Kowalska zafundowała Wrocławianom wspaniały wieczór i niewątpliwie wybiorę się na jej koncert, gdy tylko znów zdecyduje się odwiedzić stolicę Dolnego Śląska.

Grzegorz Kolasiński