Artykuly > Recenzje imprez > King Dude, Sasha Boole (03.03)

Wieczór 3 marca przyniósł nam możliwość obcowania z muzyką zarówno dojmująco posępną, jak i chwytającą za serce. Zdobywający coraz szerszą popularność na całym świecie amerykański neofolkowy bard, King Dude, przyjechał do Wrocławia po raz drugi po zeszłorocznej edycji Asymmetry Festivalu zagrać tego dnia koncert w klubie Firlej. Anegdoty o zabawnej scenie ze wspomnianego Asymmetry, kiedy to muzyk zagrał dla fanów pod klubem jedną ze swoich piosenek w zamian za papierosy rozeszły się wyjątkowo szybko odbijając się na pozytywnej opinii o nim, jak zresztą widać, także i w Polsce będący jednym z większych odkryć alternatywy ostatnich paru lat Dude zgromadził niemałą grupę fanów. Jako, że nie śledziłem zbytnio wzrostu jego popularności, nieco zaskoczyła mnie frekwencja w Firleju, która tego dnia wyjątkowo dopisała.

Pierwszy tego dnia wystąpił rozgrzewający publiczność przed gwiazdą wieczoru ukraiński muzyk Sasha Boole. Uzbrojony wyłącznie w gitarę, harmonijkę ustną i głos artysta zaprezentował sympatyczną mieszankę oldschoolowego, nieco hippisowskiego folku i bluesa. Mimo, że nie słucham na co dzień takiej muzyki i że spotkałem się z dosyć uzasadnioną opinią, jakoby Boole grał typowo "do napicia się", pozostawił on na mnie pozytywne wrażenie. Poza przywoływaniem klimatu twórczości Boba Dylana, Woody'ego Guthriego, Donovana czy Crosby, Stills, Nash & Young ujął też publikę swoją łamaną, polsko-ukraińskojęzyczną konferansjerką, w miarę dla obecnych zrozumiałą.

Po godzinie 21 na scenę wyszedł wyczekiwany przez wszystkich Dude. W mrocznej, nawiązującej do nieco okultystycznych tekstów scenerii wokół niego dało się zauważyć co mogło przysporzyć mu tylu fanów wśród subkultury metalowej i gotyckiej, stanowiącej dużą część publiki na wrocławskim koncercie. Chociaż nagminnie powtarzają się głosy, według których King Dude jest pokłosiem neofolkowej sceny lat 80. i 90. z Current 93, Sol Invictus i Death in June na czele, to jest to moim zdaniem porównanie tyleż trafne, co jednak nadużywane. Nie da się zaprzeczyć, że muzyka artysty jest logiczną kontynuacją dziedzictwa neofolkowców, jednak jak na moje ucho ma w sobie dużo więcej z tradycji amerykańskiej muzyki ludowej, tamtejszego folku, bluesa, country oraz gothic country, rozwijanego w ostatnich parunastu latach przez takich wykonawców, jak Wovenhand, The Dreadnoughts, 16 Horsepower, The Decemberists czy Blackbird Raum. Renesans tychże stylów mieści się w fenomenie określanym przez wielu recenzentów jako Americana, wydającym się jako kategoria pasować do muzyki Dude'a idealnie.

Od samego początku występ gwiazdy brzmiał w moim odczuciu lepiej niż zeszłoroczny, możliwe, że ze względu na bardziej entuzjastyczny odbiór publiczności, a z innej strony także z racji bycia głównym i najbardziej dopracowanym punktem programu - wiadomo, inaczej słucha się krótszych setów muszących mieścić się w festiwalowych ramach. Możliwe, że przez ten rok artysta także doszlifował swoje brzmienie, w dodatku jego kompozycje zdecydowanie lepiej, głębiej i dobitniej brzmią z udziałem towarzyszących mu na aktualnej trasie muzyków niż w wersji solowej.

Foto: King Dude, Sasha Boole

Dosyć szeroki repertuar składający się z takich hitów, jak "Lucifer is The Light Of The World", "Fear is All You Know", "A Little Bit Of Baby's Gonna Make Me Wanna Live Again", czy świetne "Miss September", chodzące mi od czasu koncertu po głowie całymi dniami, wypadł pomimo folklorystycznych źródeł dzięki wsparciu artysty przez drugiego gitarzystę i perkusistę bardzo rockowo, co więcej, naprawdę w tej konwencji przekonująco.

Przybyłem na ten koncert, jak można się spodziewać po osobie średnio gustującej w tego typu muzyce, w zasadzie bez specjalnych oczekiwań, wyszedłem zaś pod wrażeniem wytworzonego na nim klimatu. I z pewnością nie ja jeden, wnioskując po reakcjach innych obecnych. Chociaż odbył się dopiero w początkach marca, to jestem pewien, że ów koncert zaliczy się do czołówki gigów roku 2016. Miejmy nadzieję, że Dude z towarzyszami jeszcze do Polski wrócą, wszystkim zaś polecam śledzić informacje o nim, bo nie bez powodu mniej lub bardziej hipsterskie media kulturalne okrzyknęły go interesującym zjawiskiem, dzieląc tę opinię także z bardziej rockowymi i metalowymi słuchaczami.

[Krzysiek Góral]