Artykuly > Recenzje imprez > Lech Janerka w Starym Klasztorze (19.02)

Lech Janerka podczas koncertu we wrocławskim Starym Klasztorze w piątek 19.02.2016 dowiódł po raz kolejny, że choć w maju skończy 63 lata, to daleko mu jeszcze do starego pryka. A może jako kolejny uzmysłowił nam, że dinozaury wcale nie wyginęły i są w lepszej kondycji od niejednej współczesnej popowej gwiazdki? Tak czy inaczej postanowiłem tym razem nie zwlekać z ostateczną oceną do końca relacji: Janerka pokazał klasę!

Jeżeli nie strzeliłem sobie w stopę tak wczesnym podsumowaniem i zdecydowaliście się czytać dalej, to pozwolę sobie zacząć od kilku słów na temat samego artysty. Od 1979 roku jest basistą, wokalistą i autorem tekstów. Pierwszy raz usłyszano o nim, gdy założył legendarną formację Klaus Mitffoch. Choć zespół (jak wiele polskich kapel w tamtym czasie) istniał krótko, bo tylko przez 5 lat, to wyraźnie odcisnął się w historii polskiej muzyki rozrywkowej. Wtedy na wrocławskiej scenie nie działo się jeszcze nic ekscytującego. Warszawa od 1977 r. miała Perfect, w 1981 r. powstały Lady Pank i Dezerter, na Górnym Śląsku od 1977 r. nie mówiono o nikim poza Dżemem. Wówczas miejsca na scenie było mało i trzeba było ostro o nie walczyć. Klaus Mitffoch wdarł się na nią szturmem dzięki energii (tej jednak nie brakowało innym buntowniczym formacjom) i talentowi Lecha Janerki do pisania tekstów. Nie była to bowiem wyłącznie zawoalowana krytyka władzy jak u wszystkich innych. Kalus Mitffoch przypomniał, że w szarej rzeczywistości PRL było jeszcze parę innych spraw.

Od 1986 r. Janerka występuje jako solista, nagrał kilka dobrze przyjętych albumów i pozostaje największą legendą wrocławskiej sceny rockowej z lat 80 pomimo, że tak naprawdę nie osiągnął wielkiego komercyjnego sukcesu. Tłum, który po brzegi wypchał Stary Klasztor w piątkowy wieczór zdawał się temu przeczyć, lecz sprzedaż płyt mówi sama za siebie. Najwyraźniej jednak fani Lecha Janerki w różnym wieku, którzy pojawili się tego dnia na koncercie, mieli w głębokim poważaniu słupki, wykresy i to, ile na nich zarobił. Przybyli w wielkiej liczbie, by go wysłuchać i zaśpiewać z nim w jeden głos.

Koncert zaczął się kilka minut po 20:00 i trwał ponad 1,5h. Do typowego rockowego składu, tj. perkusisty, gitarzysty oraz basisto-wokalisty w postaci lidera zespołu, dołączyła wiolonczelistka, która pomimo kiepskiej formy (frontman wspominał o antybiotyku) bardzo ubarwiła występ.

Muzyka, którą uraczyła fanów grupa, była różnorodna. Nie zabrakło szybkich, krótkich i treściwych ocierających się punkową stylistykę utworów z lat świetności Klausa Mitffocha, ale pojawiło się też całe mnóstwo stonowanych kompozycji z późniejszego okresu twórczości Janerki. Momentami nawet ocierali się rocka progresywnego typu Riverside.

Uważam, że spośród całej masy wyśmienitych tekściarzy z lat 80 – pozwolę sobie na uwagę, że buntownicze teksty robiły dużo większe wrażenie, gdy faktycznie było przeciw czemu się buntować – Lech Janerka jest najwybitniejszym (sic!). Wspaniale więc było wsłuchać się w słowa „Strzeż się tych miejsc”, „Śmielej” czy narkotycznego „Jezu, jak się cieszę”… W skrócie: piosenek, których nie mogło zabraknąć. Pojawiły się też nowsze utwory, a niektórych – przyznaję – nie słyszałem wcześniej i znów zachciało mi sprawdzić na spokojnie teksty i wysłuchać tego materiału. Fascynacja muzyką to najwspanialsze uczucie na świecie i jeszcze raz jestem winien Janerce wdzięczność!

Foto: Lech Janerka w Starym Klasztorze

Oczywiście na coś ponarzekać muszę i jak zwykle, gdy Polacy zabierają się za nagłośnienie, to wychodzi w najlepszym wypadku… nieźle. I faktycznie; Stary Klasztor może się pochwalić jednymi z lepiej nagłośnionych koncertów we Wrocławiu. Mnie jednak brakowało trochę gitary. Znikała pod granymi unisono partiami basu i wiolonczeli, wybijała się tylko podczas nielicznych solówek. Niestety przez akustykę sali ucierpiał nieco śpiew Janerki. Niższe partie rozmywały się i były zrozumiałe tylko dla tych, którzy znali piosenki na pamięć. Jednakże sala bujała się cała, brawami nagradzano muzyków sowicie, a oni sami zdawali się być zadowoleni z koncertu.

Miło było znów zobaczyć Lecha Janerkę w wydaniu klubowym, a nie jako zaledwie jedną z atrakcji podczas jakichś grubszych plenerowych imprez. Ostatni raz miałem taką przyjemność jeszcze w czasach szkolnych. Mam nadzieję, że jeszcze planuje zejść tu do nas do podziemia.
Nie mógł przecież zapomnieć, że tutaj zaczynał.

Grzegorz Kolasiński