Artykuly > Recenzje imprez > Luca Turilli's Rhapsody (23.01)

23 stycznia 2016 we wrocławskim klubie Alibi odbył się koncert włoskiej powermetalowej grupy Luca Turilli’s Rhapsody. Na koncert tłumnie przybyli fani tegoż nowego projektu, jak i Rhapsody of Fire, którego Turilli był gitarzystą do 2011 roku.

Jako nastolatek zasłuchiwałem się w Rhapsody, później Rhapsody of Fire. Po wysypie grup muzycznych we Włoszech, które wykonywały power metal, a na których tle wyraźnie RoF się odznaczał, ukuto dla nich osobne pojęcie: „metal symfoniczny”. Jak najbardziej prawidłowe, jednakowoż muzyka przez nich wykonywana po latach wydaje mi się wyjątkowo niepoważna jak na metal łączony z muzyką (jak to się powszechnie mówi) poważną. Ciężko bowiem serio traktować piosenki o smokach, trollach i innych przeróżnych fantastycznych tematach.

Luca Turilli zawsze był najjaśniejszą gwiazdą grupy. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych założył solowy projekt, a od 2005 roku komponował dla Luca Turilli Dreamquest. Gdy w końcu się zdecydował na porzucenie RoF, zawiódł wielu swoich fanów. Zyskał jednak nowych i zaskarbił sobie uznanie komponując zupełnie nową muzykę, którą określono mianem „metalu filmowego”.

Poszedłem więc na ten koncert po trosze z ciekawości, po trosze z sentymentu. Zespół Turillego był suportowany przez Asylum Pyre. W trakcie ich występu nawiedziła mnie nieco cyniczna myśl: czyżby gwiazda zaprosiła ten zespół, by na ich tle wypaść jeszcze lepiej? Byli fatalni. W swojej twórczości połączyli coś w rodzaju parodii Lacuna Coil i Nightwish dla ubogich. Wokalistka – Chaos Heidi – śpiewała z niespotykanie dziwacznym angielskim akcentem. Finalnie doszedłem do wniosku, że to wymóg wytwórni lub zwykła wygoda, bo Turilli od lat mieszka we Francji skąd pochodzi Asylum Pyre. Na szczęście męki nie trwały zbyt długo i w końcu na scenie pojawił się kolejny zespół – Iron Mask.

Iron Mask do złudzenia przypominał dziesiątki kapel a’la Edguy. Głos wokalisty też przypominał momentami Tobiasa Sammeta. Osobiście nie jestem przesadnym fanem tego nutru heavymetalowego, ale zaprezentowali się o niebo lepiej od poprzedników. Publiczność również bardziej żywiołowo zareagowała podczas ich występu. W którymś momencie widzowie zaczęli nawet skandować nazwę grupy. W końcu jednak rozległ się początek intro gwiazdy wieczoru i rozpoczął się właściwy show.

W niedawnym wywiadzie dla deathmagnetic.pl Luca Turilli powiedział, że woli to, co komponuje i gra obecnie, niż dokonania w jego pierwszym zespole. Wspomniał też, że nie ma co liczyć, że powstanie po 20 latach klon "Legendary Tales". Trudno w to uwierzyć w świetle tego, co zespół zaprezentował na początku występu.

Typowe podniosłe, patetyczne melodie zastąpiła groza i niepewność. Lecz kiedy tylko wybrzmiały ostatnie dźwięki uwertury… sięgnęli do repertuaru Rhapsody. Już na samym początku. Wśród pierwszych sześciu utworów tylko jeden pochodził z autorskiego repertuaru występującej grupy. Dla starych fanów więc sprezentowali już na samym początku m.in. „Land of Immortals” oraz „Unholy Warcry”. Przyznam, że usłyszenie w połowie tego drugiego przemowy zmarłego w zeszłym roku sir Christophera Lee było czarowną chwilą.

Skupiając się jednak na nowym repertuarze: oczywiście nie zabrakło skocznych zagrywek (tak typowych dla włoskiej sceny metalowej), ale w LTR nie jest to już zjawisko nagminne. O ile w RoF wielokrotnie pozwalano sobie na wstawki wokalne w ich ojczystym języku, teraz całe refreny – ba! nierzadko całe piosenki – obecny wokalista, Alessandro Conti, wykonuje po włosku. Przyznaję, że to bardzo ciekawy zabieg, bo jest to język bardzo śpiewny i przecież najbliższy łacinie, która towarzyszyła niegdyś całej chrześcijańskiej Europie przy śpiewaniu pieśni religijnych.

Trasa koncertowa ma na celu proponowanie najmłodszego dziecka zespołu, którym jest longplay zatytułowany „Prometheus, Symphonia Ignis Divinus”. Usłyszałem więc wykonanie m.in. promujących płytę „Rosenkreuz (Rose And The Cross)” i „Prometheus”, które wypadły całkiem zgrabnie. Cieszy, że francuski gitarzysta Dominique Leurquin, który towarzyszył RoF na trasach koncertowych od wielu lat jako muzyk sesyjny, w LTR stał się pełnoprawnym członkiem. Miałem przyjemność zamienić z nim dwa zdania, gdy czekał aż perkusista zakończy swój popis. Poskarżył się na coś, co nie umknęło niczyjej uwadze:

W klubie Alibi dosyć często dochodzi do nieplanowanych wpadek, ale tym razem DJ popisał się nie wyłączając na czas całego pierwszego numeru muzyki. Grała na tyle cicho, by w niczym nie przeszkadzać, lecz w przerwie pomiędzy pierwszym a drugim kawałkiem wszyscy zorientowali się, że z głośników rozlega się „Dude Looks Like A Lady” Aerosmith. Straszliwy wstyd, choć ten, który dał plamę, nie wyglądał na przesadnie zażenowanego. Od siebie dodam również, że nagłośnienie pozostawiało również sporo do życzenia: gitary niknęły pod dźwiękami klawiszy, bas był niemal niesłyszalny, a fala dźwięku wielokrotnie przykrywała wokalistę po czubek głowy.

Całokształt koncertu w ostatecznym rozliczeniu był spełnieniem obietnicy złożonej przez Contiego na początku występu. Były piosenki z nowego albumu LTR, zagrali również całe mnóstwo klasyków. Sam Turilli, którego raczej kojarzyłem z pełnym skupieniem na graniu i raczej statycznymi występami biegał, skakał, tańczył, wymachiwał pięściami i uśmiechał się do widzów. Kontakt nawiązywał zdecydowanie lepiej niż wokalista. Uważam, że udało im się zadowolić wszystkich, więc ten koncert (i prawdopodobnie całą trasę, ponieważ setlista raczej nie ulega zmianom) będzie można zaliczyć do sukcesów.

Grzegorz Kolasiński