Artykuly > Recenzje imprez > NILE + SUFFOCATION + BRUTALTRUTH + TRUTH CORRODET (30.08)

Nie będę tutaj pisał pierdół, że Nile i Suffocation to czołówka brutalnego grania itp. Nie ma sensu pisać o nowych płytach, bo jak to kogoś interesuje to niech poszuka sobie takich informacji w dziale z newsami. No, więc bez zbędnego wstępniaka zapraszam do lektury.

Na samym początku, po stawiennictwie w klubie już zdążyłem się porządnie wkur… tzn. zdenerwować. Jeżeli na wydarzeniu plakatach i innych materiałach promocyjnych jest napisane „start 19:00” to niech ten koncert zacznie się punktualnie albo z delikatną obsówką ale nie pół godziny wcześniej. Przez taki głupi zabieg nie zobaczyłem pierwszego supportu, więc nic na jego temat nie napiszę. W podobnej sytuacji byłem nie tylko ja, lecz większa część słuchaczy.

No, więc nie pozostało mi nic innego jak zaraz po przyjściu z klubu wyjść na, zewnątrz, ponieważ pomimo niskiej początkowej frekwencji w środku nie dało się wysiedzieć. Duchota straszna a kolejny support dopiero się rozkładał. Pogadałam z ludźmi, którzy także delikatnie rzecz biorąc przez całą sytuację z pierwszym supportem byli źli.

Pierwsze dźwięki Brutaltruth, które usłyszałem będą na zewnątrz spodobały mi się tak bardzo, że nie dopaliłem nawet papierosa do końca i pognałem do klubu. Zespół bardzo żywiołowy i stylistycznie wydał mi się kopią zespołu Nile, więc raczej odkrywczy nie był. Ale przecież nie o oryginalność chodzi w muzyce death metalowej a o emocje przekazane ze sceny. Brutaltruth przekazywało dużo agresji i jadu. Nawet nagłośnienie jak na Alibi mieli znośne. Niestety. Pomimo tego, że chłopaki się na scenie dwoili i troili nie uzyskali jakiegoś większego zainteresowania wśród jeszcze nielicznej publiki a szkoda, bo Włosi zaprezentowali 30 minut porządnego i brutalnego materiału. Zespół jest naprawdę wart uwagi.. Być może to temperatury lub oszczędzanie sił na gwiazdy wieczoru, bo więcej ludzi siedziało na zewnątrz niż w klubie.

Foto: NILE & SUFFOCATION

Czas na długo wyczekiwane przeze mnie Suffocation. Ostatni raz widziałem ich na zeszłorocznym Brutal Assault ale nie wywarli na mnie większego wrażenia. Koncert u Czechów był nijaki i kiepsko nagłośniony. Piętnaście minut na przepinkę dla zespołu a dla publiki na zaczerpnięcie świeżego powietrza oraz uzupełnienie płynów no i są! Weszli na scenę i wszyscy dostali to, na co czekali. Na dzień dobry polecieli starociem „Catatonia” nagłośnienie dla mnie bez zarzutów aczkolwiek wiem, że w klubie zależy od miejsca, w którym staniesz. Jako iż byłem pod sceną nie narzekałem na sound. Sypali numerami jak z rękawa! „Thrones of Blood”, „Breeding the Spawn” i mój ulubiony „Mass Obliteration”. Przez chwilę obejrzałem się przez ramię, bo jakoś mi luźno pod tą sceną było. Ludzi się w końcu zeszło sporo a za moimi plecami jak by pustka, którą zaraz wypełnili miłośnicy pogo i moschowania. „As Grace Descends”, „Liege of Inveracity”, „Pierced from within”, „Funeral Inception” – ludzie powoli odpadają. Pogo jak by mniejsze. Terrance Hobbs przez cały koncert szczerzy się do publiki i wywija na wiośle. Zabawa trwa w najlepsze i nagle staje się coś, co powoduje dłuższą chwilę ciszy na scenie. Złośliwość rzeczy martwych nie zna granic i psuje się… bass. Ja zdecydowanie mam szczęście do koncertów, na których psują się gitary basowe. Techniczny próbuje ogarnąć temat a pałker zajmuje publiką solem na basie. Po kilku minutach całkiem nieźle podkurw… tzn. poirytowany Derek Boyer wypowiada „i’m out”, po czym zszedł ze sceny. Zespół nie zrezygnował z dalszego grania. Zagrali jeszcze utwór lub dwa, ale to nie było już to. Brakowało tego niskiego tonu. Szkoda. Koncert poza tym małym incydentem był naprawdę rewelacyjny. No, ale nic nie może trwać wiecznie. Nadszedł czas na Nile. Publika dostała sporo czasu na odetchnięcie, bo aż 30 minut.

Po przerwie rozległo się intro i ludzie zaczęli dostawać szału. Pod sceną wystałem tylko 6 utworów. Na początku drobne problemy techniczne z gitarą Dallasa, ale szybko zadziałali techniczni i obeszło się bez większych niedogodności. Jak już pisałem spod sceny uciekłem po kilku utworach, bo plecy miałem już tak obolałe od tańców publiki za mną, że musiałem odpocząć. Stanąłem na chwilę z tyłu, lecz brzmienie w tym miejscu było tak kiepskie, że było słychać tylko perkusję i wokale. Szkoda. Pod scenę powróciłem jeszcze kilka razy na numer lub dwa. Koncertem zespołu Nile byłem troszkę zawiedziony. Pomimo tego, że zabrali nas w wyprawę po całej swojej dyskografii to jednak czułem się nim strasznie zmęczony. Trzynaście numerów, które nam zaserwowano zmęczyły nawet największych fanów Nile. Koncert zagrany bezbłędnie i naprawdę porządnie, lecz czegoś mi zabrakło. Nie wiem, czego konkretnie. Uwielbiam Nile i łykam jak pelikan wszystkie ich albumy jednak na koncercie nie poczułem chemii z zespołem. Nie mniej jednak zebrali pod sceną całkiem spora ludzi rządnych krwi i morderczej zabawy. Ludzie jak w amoku bawili się pląsali do samego końca.

Podsumowując moje wypociny stwierdzam, że P.W. Events troszkę przycięli z publiką nie dostosowując się do informacji zamieszczonej w wydarzeniach i zaczynając koncert wcześniej nie dając szansy publice zapoznać się ze wszystkimi zespołami. Bilet, który kupili był na cztery zespoły a nie trzy. Poza tym temperatura w klubie skutecznie odstraszała i zniechęcała do zabawy. Jeśli jest tam jakaś klimatyzacja to chyba najwyższy czas ją naprawić. Koncerty na bardzo wysokim poziomie i bardzo dobre nagłośnienie to duży plus. A po koncercie??? Poszliśmy na „kremówki” ;)

Jerry