Artykuly > Recenzje imprez > NINE ELEVEN + ZERO ABSOLU (20.07)

W poniedziałek w klubie Ciemna Strona Miasta miał miejsce koncert dwóch francuskich zespołów, a właściwie jednego francuskiego zespołu i projektu, składającego się z jednego człowieka. Szczerze przyznam, że nie znałem powyższych składów. Zaintrygował mnie wrzucony przez organizatora w sieć filmik, na którym gościu z przyczepioną kamerą do czoła kręci swoje poczynania podczas tworzenia muzyki. To, co ten jegomość stworzył, szybko zagościło w mojej głowie i długo nie chciało stamtąd wyjść.

Byłem na kilku koncertach organizowanych przez Agencję Wild Bread Booking prowadzoną przez Pana Michała Chlebosza i wiem czego można się stylistycznie spodziewać. Przeważnie jest to core i post rock, stąd też zaskoczony tym co usłyszałem raczej nie byłem, a przynajmniej z takim nastawieniem udawałem się na koncert.

Do klubu zawitałem w okolicach godziny 19:30. Organizator zarzekał się, że zaczynamy punktualnie. No niestety plany pokrzyżowali NINE ELEVEN, którzy zafundowali kilkuminutowe opóźnienie. Na scenie już kończył próbę dźwięku Nak – jedyny członek projektu ZERO ABSOLU. Sama próba dźwięku brzmiała naprawdę zachęcająco. Ludzi jak na lekarstwo. Na szczęście niebawem ma się to zmienić. Pierwsze kroki pokierowane – a jakże – do baru celem zamówienia pół litra dobrze schłodzonej potrawki z chmielu. Nie mija więcej niż 30 minut i na wypełniającej się ludźmi sali gasną światła. Na scenę wchodzi Nak i zaczyna budować pejzaże dźwiękiem. Obstawiony syntezatorem, basem, gitarą, looperami i innymi gadżetami dwoił się i troił aby każdy dźwięk miał większy sens. Osobiście zakochałem się w utworze „Minute Butterfly” oraz „Rêve inachevé” Nie da się tego opisać słowami. Trzeba zobaczyć to na żywo. Muzyka na dłuższą metę jednak trochę męcząca i jak dla mnie zbyt depresyjna. Występ na pewno podobał się nie tylko mnie bo francuz zgarnął tak długie brawa, że bisować musiał dwa razy.

Po takiej dawce emocji i show nastąpiła dłuższa przerwa. Na scenie szybko zaczęto zbierać zabawki po koncercie ZERO ABSOLU i zaczął się rozkładać drugi zespół. Przerwa niestety trwała trochę dłużej. Przez spóźnienie NINE ELEVEN po rozłożeniu klamotów trzeba jeszcze przeprowadzić kolejną próbę dźwięku. Mi dwa razy powtarzać nie trzeba. Kroki poczynione w kierunku wiadomym po towar wiadomy, kilka chwil spędzonych na rozmowie ze znajomymi i nawet się człowiek nie obejrzał jak ten czas szybko zleciał. Na scenę wpadli NINE ELEVEN

Foto: NINE ELEVEN + ZERO ABSOLU (20.07)

Rozpętało się piekło. Myślałem, że po wspaniałym występie ZERO ABSOLU mnie już dzisiaj nic nie zachwyci – myliłem się. Tego chyba właśnie wszyscy zebrani pod sceną potrzebowali. Zdecydowanie szybszych i weselszych partii. Zabawa już od pierwszego kawałka „From Heaven to Hell” Tak też się poczuliśmy. Zabrali nas wszystkich prosto do piekła. „Fleeing of God” i już wiemy, że będzie dużo breakdown’ów. Następny w kolejce to „Defying the Sea” na początku toporny i wisielczy numer ale później przyjemnie przyśpiesza. Pod sceną pogo, moschowanie i obłęd. Nagle z publiki wynurza się pierwsza ofiara zabawy trzymająca się za zakrwawioną twarz. Wspomnieniami na chwilę sięgnąłem do koncertu THE BLACK DHALIA MURDER i uśmiechnąłem się do siebie w duchu na samą myśl. Francuzi strzelają kolejnymi numerami „Rose Schneiderman”, „Face The Triangle”, ”Under the Foam”, „Never Fear a Goodbye” I już? Koniec? Patrzę na zegarek i nie dowierzam – 23:30. Czas szybko zleciał na dobrej zabawie.

Lokal powoli zaczął się wyludniać, zespoły składać, bitewny szał gdzieś tam znikać – to był dobry koncert. Lubię takie szybkie strzały. Dwa konkretne zespoły i do domu. Kontrast tego wydarzenia zadowolił tych, którzy chcieli usłyszeć naprawdę dobrą muzykę, zobaczyć show oraz pobawić się. Okazuje się, że w poniedziałek można zrobić we Wrocławiu dobry koncert zespołów nie tak znanych jak te komercyjne i przyjdą na niego ludzie. Wszystkich was zachęcam gorąco do zapoznania się z powyższymi zespołami. Jak nie słucham na co dzień takiej muzyki, tak ten koncert pozostanie w mojej pamięci na długo.

Jerry