Artykuly > Recenzje imprez > Oranssi Pazuzu, Fleshworld, O.D.R.A. (11.03)

11 marca zawitał do Wrocławia fiński zespół Oranssi Pazuzu, pchający muzykę black metalową na nowe tory. Płyty grupy są wysoko oceniane w prasie branżowej i przypadły do gustu wielu słuchaczom. Zarazem zespół rzadko koncertuje (wcześniej można było zobaczyć grupę na Off Festival) toteż do Liverpoolu zjechało się wielu ludzi - dawno nie widziałem tego klubu tak szczelnie wypchanego. Oczekiwania były naprawdę duże - czy Oranssi Pazuzu grają tak samo przekonująco na żywo jak na płytach? Tego wieczora dostaliśmy odpowiedź na to pytanie.

Fińskiej grupie towarzyszyły dwa supporty - wrocławska O.D.R.A. i krakowski Fleshworld. Na koncertach obu kapel miałem okazję być wcześniej - kilka lat temu grały w ś.p. Strefie Zero i na Desert Festival w Alive. Tego wieczoru pierwsza zaczęła O.D.R.A. grająca bardziej sludgeowo/doomową odmianę metalu (choć ich muzyka jest trudna do zaszufladkowania). Wiele osób ceni ten zespół jednak ja osobiście nigdy nie mogłem się przekonać do ich muzyki - sposób grania i układania piosenek totalnie do mnie nie trafia. Niewiele się zmieniło w muzyce Wrocławian toteż nie czerpałem jakiejś przyjemności z piątkowego koncertu. Nie pomagało też zamulone nagłośnienie z dudniącą sekcją rytmiczną przykrywającą partie gitar. Jeśli miałbym wybrać jeden element, który mi się podoba w muzyce O.D.R.A. to właśnie gra gitar - wówczas ledwo słyszalna. Fanom m ten koncert mógł przypaść do gustu ale jak pisałem wyżej - to w ogóle nie mój klimat.

Inną muzykę gra krakowski Fleshworld - to przestrzenne postmetalowe pasaże kosmicznych , melodyjnych gitar o mocno ambientowym posmaku. Jakby dla kontrastu melodyjnym dźwiękom gitar towarzyszy mocny growlowany wokal Tytusa Kalickiego. Muzycy Fleshworld zagrali mocny i przekonujący koncert, który przypadł do gustu wielu zgromadzonym pod sceną. Epickim dźwiękom towarzyszyła klimatyczna gra świateł. Również nagłośnienie stało się bardziej uporządkowane - mimo gęstej faktury gitar to stojąc pod sceną można było rozpoznać każde uderzenie w strunę. Jako całość koncert Fleshworld stanowił bardzo mocny punkt setu. Jak się wkrótce okazało - najmocniejszy...

Słuchając płyt Oranssi Pazuzu miałem obraz zespołu, który dysponuje udziwnionym (choć i melodyjnym) brzmieniem. Brzmieniem o wpadających w ucho zagrywkach gitarowych, którym towarzyszy "pulsująca" gra sekcji rytmicznej. Tymczasem po wejściu grupy na scenę zaczęło do mnie docierać, że nic z tego nie będzie. Przypomniał mi się natomiast inny koncert, który zapamiętam do końca życia - występ Sunn o))) na ubiegłorocznym Brutal Assault. A zapamiętam dlatego, że o mały włos nie pękły mi wówczas bębenki w uszach, z powodu infradźwięków generowanych przez przegięte brzmienie gitar. Od tego czasu unikam wszystkiego co ma w sobie określenie "drone". Z Orannssi Pazuzu sytuacja była o tyle inna, że po wielokrotnym przesłuchaniu płyt spodziewałem się czegoś zupełnie innego - swobodnego łączenia black metalowego wyziewu i ambientowych przestrzeni. Okazało się, że dźwięki jakie Finowie wyciskają na scenie są jak gwałt na uszach dokonany za pomocą piły łańcuchowej. Wyobraźcie sobie tony zagrane w strasznie niskich częstotliwościach zahaczających o kakofonię. Dodajcie jeszcze do tego podłużne pomieszczenie jakim jest Liverpool i echo odbijające się od ścian a otrzymacie obraz brzmieniowej rzezi niewiniątek. W efekcie ciężko było rozpoznać co zespół gra w danym momencie. Parę tytułów chyba wyhaczyłem: Saturatio, Lahja, Tyhjä Temppeli, Värähtelijä. Piszę "chyba" bo wszystko mi się zlewało w jedną wielką zwalistą masę i nie mam pewności, że piosenki, które wymieniłem powyżej były zagrane. Część publiczności stała przed sceną w stoperach w uszach i z przyjemnością chłonęła dźwięki Oranssi Pazuzu jednak wielu słuchaczy otwarcie mi mówiło, że koncert był dla nich totalnym rozczarowaniem i jestem w stanie to zrozumieć. Paradoksalnie nie mogę napisać, że "zespół słabo grał" bo pod względem wykonawczym nie mogę grupie nic zarzucić. Podobnie też jak na występie Sunn o))) świetna była gra świateł. Jednak przegięte nagłośnienie sprawiło, że teraz - pisząc te słowa - mam sieczkę w uszach. Słucham muzyki eksperymentalnej, słucham też ekstremalnej i mogę czerpać przyjemność ze słuchania takich dźwięków. Jednak w momencie gdy obecność pod sceną zaczyna sprawiać mi fizyczny ból to nabieram więcej sceptycyzmu niż ciekawości w stosunku do metalowej awangardy. A chyba nie o to chodzi?


Maciek Baranowski