Artykuly > Recenzje imprez > Paradise Lost, Lucifer (21.10)

"Jesteśmy norweską kapelą black metalową pochodzącą ze Szwecji". Tymi przewrotnymi słowami przywitał nas wokalista Paradise Lost - Nick Holmes na koncercie we Wrocławskim klubie Alibi. Angielska załoga (wraz z supportującą grupą Lucifer) 21. października zawitała do Wrocławia. Bilety wyszły ze sprzedaży na długo przed koncertem co już świadczyło o tym, że będziemy mieć do czynienia z wielkim wydarzeniem. Zespół ściągnął do Alibi istne tłumy i to pomimo środka tygodnia i paskudnej jesiennej pogody panującej na zewnątrz.

Już od samego wejścia do klubu panował niesamowity ścisk. Jeszcze przed koncertem supportu ciężko się było dostać pod scenę. Pytanie czy nie można było koncertu przenieść w jakieś większe miejsce? Tym bardziej, że znałem wielu ludzi którzy też chcieli iść na koncert a nie zdążyli kupić biletu.

Pierwszy rozpoczęła niemiecko/angielska grupa Lucifer. Zespół jest bardzo młody (założony został niecały rok temu) ale grają w nim doświadczeni ludzi, w szczególności gitarzysta Gaz Jennings z kultowych angielskich kapel Acid Reign i Cathedral a także, grający na co dzień w Angel Witch, perkusista Andy Prestridge. Na scenie razem z basistą Dino Gollnickiem i wokalistką Johanną Sadonis zaprezentowali swoje utwory z debiutanckiej płyty Lucifer I. Muzyka zespołu jest opisywana w internecie jako stoner/doom metal ale prawda jest taka, że to przede wszystkim stary dobry Black Sabbath. Muzycy mają nawet podobny image, szczególnie wokalistka Johanna, która zarówno wyglądem jak i zachowaniem scenicznym kojarzyła mi się z młodym Ozzy Osbournem (tym z czasów Paranoid , nie seriali w MTV). Skojarzenie potęguje jeszcze fakt, że zespół zaprezentował nam ciężką, "kroczącą" kompozycję Sabbath. Bardziej podobała mi się, mniej sabbathowa a bardziej w klimacie wczesnego Danzig, bujająca i najbardziej melodyjna piosenka Izrael. Johanna zaśpiewała w tym kawałku trochę inaczej bo najczęściej używała na scenie bardzo wysokich rejestrów swojego gardła. Mimo mało oryginalnej muzyki, koncert mi się podobał (szczególnie piosenka A Grave for Each One of Us ). Sama publiczność raczej kontemplowała muzykę niż przy niej szalała.

Gwiazda wieczoru - Paradise Lost to trochę inna bajka. Ktoś może się spytać skąd takie zainteresowanie tym zespołem. Przecież kapel grających tak jak oni jest obecnie cała masa. To wszystko prawda, ale po pierwsze - Paradise Lost są pionierami w tym gatunku, po drugie - kilka ostatnich płyt nagranych przez nich prezentuje niesamowicie wysoki poziom (mi samemu szczęka opadła jak usłyszałem pierwsze sekundy As Horizons End) a po trzecie - zespół od dawna był bardzo popularny w Polsce i już od wczesnych lat 90. gromadził rzesze fanów na koncertach. Tyle z historii.

Grupa obecnie promuje swój najnowszy "powrót do korzeni" - album The Plague Within i to właśnie z najnowszego albumu usłyszeliśmy najwięcej piosenek. Zaczęli (jak na płycie) od No Hope in Sight. Z The Plague Within jeszcze mogliśmy usłyszeć Beneath Broken Earth, Flesh From Bone czy też świetnie zagrane An Eternity of Lies. Obecnie zespół powrócił do starego, ciężkiego doom metalu więc warto było sobie przed koncertem przypomnieć (dawno już nie słyszaną na koncertach Paradise Lost) płytę Gothic z którego zespół zagrał nam The Painless. Nick Holmes nie ma już tak niskiego growlu jak kiedyś ale uważam, że bardzo dobrze sobie poradził z tą kompozycją. Z klasycznego Icon usłyszeliśmy Widow co bardzo przypadło do gustu publiczności ale prawdziwą radość wywołał dostojny klawiszowy wstęp na pianinie co mogło oznaczać tylko jedno. Enchantment, z kultowej płyty Draconian Times, zostało zaśpiewane razem z całą publicznością (ludzie wokół mnie znali tekst na pamięć) co chyba nawet na muzykach musiało zrobić wrażenie. Po kilku ciężkich kawałkach mogliśmy usłyszeć, że następna piosenka jest bardziej melodyjna. Ale wciąż jest o śmierci! I zgodnie z zapowiedzią otrzymaliśmy As I Die z płyty Shades of God. I tutaj osobiście się rozczarowałem, bo to mój ulubiony kawałek Paradise Lost, bez którego lata temu nie poznałbym tego zespołu, a Nick postanowił go zaśpiewać czystym, radiowym głosem a nie growlem jak w oryginale.

Czytałem komentarze o tym jak fatalne było brzmienie ale prawda jest taka, że jak na Alibi, to mogło być znacznie gorzej - dało się rozróżnić pojedyncze riffy gitar choć akustycy ewidentnie przegięli z basem, którego dudnienie momentami zagłuszało Nicka Holmesa. Sam wokalista był bardzo wyluzowany tego wieczoru i często zagadywał publiczność (nawet zwrócił komuś uwagę w pierwszym rzędzie by zawiązał sznurówki ;). Aaron Aedy tradycyjnie przeżywał gitarową ekstazę podczas gdy basista Stephen Edmondson tradycyjnie był skupiony na kontemplowaniu swojej gitary basowej (naprawdę, ta dwójka tworzy razem niesamowity kontrast). Tym razem za perkusją zespół wspomagał Walteri Väyrynen, który wyglądem przypominał odmłodzonego Adriana Erlandssona.
Była jednak kwestia, która zmartwiła mnie bardziej od brzmienia. Przed Say Just Words frontman ogłosił nam, że to już ostatnia piosenka na dzisiaj! Zespół zaczął za kwadrans dziewiąta a parę minut po dziesiątej było już po wszystkim. Nie dało się jeszcze wygrzebać czasu na Embers Fire albo Pity The Sadness? Godzina i 15 minut to jak na tę kapelę zdecydowanie za mało. I chyba obok As I Die to właśnie długość koncertu była dla mnie największym rozczarowaniem. Jednak sam zespół wypadł bardzo dobrze a to też zawsze frajda zobaczyć na żywo jedną ze swoich ulubionych grup. Szczególnie gdy tak świetnie gra Enchantment czy Praise Lamented Shade.

Dzisiaj trudno uwierzyć w to, że był taki czas gdy muzycy Raju Utraconego zarzekali się, że metalu grać już nie będą. Na szczęście nie dotrzymali słowa.

Maciej Baranowski