Artykuly > Recenzje imprez > PERKALABA - huculski punk-folk z Ukrainy w Starym Klasztorze (05.10)

-Szefie, ja już wiem. To musi być Hucuł!
-Hucuł? A cóż to za nacja? Nigdy o czymś takim nie słyszałem.
Powyższy dialog z kultowego filmu C.K. Dezerterzy pomiędzy sierżantem Markiem Kondratem i szefem kompanii Krzysztofem Kowalewskim chodził za mną przez cały koncert zespołu Perkalaba 5 października 2015 r. we Wrocławiu. Zapewne szef kompanii poznałby odpowiedź na swoje pytanie gdyby zawitał tego wieczora do Starego Klasztoru ponieważ grupa Perkalaba gra muzykę określaną właśnie jako „huculski punk - folk”.

Zespół jest aktywny na scenie od końca lat dziewięćdziesiątych, ma za sobą długą i dość wyboistą historię - dość powiedzieć że sama nazwa zespołu nawiązuje do miejscowości w której znajdował się jeden z największych szpitali psychiatrycznych na Ukrainie. Co do samej muzyki to najbliższe skojarzenia wędrują w kierunku Gogol Bordello i naszego Kultu – jest to żywiołowe rockowe granie, o mocno folkowym posmaku, opartym (poza typowo rockowym instrumentarium) na sekcji instrumentów dętych.

Zespół ma w Polsce wielu fanów toteż Stary Klasztor zaczął się z czasem coraz szczelniej wypełniać publicznością i pod koniec koncertu było dość gęsto. W składzie nastąpiła zmiana na stanowisku basisty, obecnie tę rolę pełni Danya Dobrovolsky. Zespół zaczął grać za kwadrans dziewiąta, dość osobliwie bo od dźwięków drumli. Od razu dało się wyczuć kiepskie nagłośnienie, chociaż szczerze mówiąc, nie wiem czy ktokolwiek mógłby dobrze nagłośnić Stary Klasztor – w starej budowli sakralnej panuje straszny pogłos co może nie przeszkadzać w przypadku chóru mnichów ale w przypadku koncertu rockowego jest problematyczne. Innymi słowy – gdy basista pociągnął za jedną strunę to brzmiało jakby pociągnął za dwadzieścia. Nie do końca też przekonywał początkowy repertuar, zespół skupił się na wolniejszych i bardziej stonowanych piosenkach reggae/ska, bardziej do tańca-przytulańca a nie huculskiego szaleństwa.

Na szczęście druga połowa koncertu była znacznie lepsza. Muzycy zaczęli grać znacznie żwawszy repertuar i skupili się na takich piosenkach jak Paraguay. Widać to też było po publiczności bo w tym czasie wielu wyruszyło pod scenę i zaczęło tańczyć w rytm wschodnio-europejskich melodii. Poza tym odniosłem wrażenie, że z czasem poprawiło się też nagłośnienie i zespół zaczął brzmieć bardziej przejrzyście. Dopiero teraz było słychać różnorodność dźwięków i melodii w tej muzyce a także zróżnicowanych etnicznych wpływów.

Mimo powyższych uwag to widownia bawiła się bardzo dobrze przy muzyce Perkalaby. Dla najzagorzalszych fanów musiał to też być o tyle dobry koncert, że zespół grał bardzo dużo urozmaiconych piosenek będących przekrojem całej swojej dyskografii, przez prawie dwie godziny. Tym niemniej, jak sobie porównuję występ wrocławski z koncertem z Mińska, z 2010 r. (zamieszczonym na Youtube) to odnoszę wrażenie, że lepsze brzmienie i lepszy dobór piosenek w pierwszej połowie koncertu znacznie polepszyłyby wrażenia z występu. Polecam też obejrzeć film dokumentalny Telewizji Polskiej poświęcony zespołowi pt Uśmiech na ustach a w oczach łzy, który oddaje najlepiej całą otoczkę towarzyszącą Perkalabie.

Maciej Baranowski