Artykuly > Recenzje imprez > STONED JESUS, Dopelord, Sunnata (2.02.17)

W czwartek 2 lutego we wrocławskim Firleju mieliśmy okazję usłyszeć trzy kapele należące, jak można już powiedzieć, do tuzów współczesnego, europejskiego pustynnego grania. Stoner rockowo/ metalowa grupa Stoned Jesus z Ukrainy powróciła nad Odrę wraz z polskimi sludge/ doomowymi Dopelordem i Sunnatą. Jako dowód, że są one już solidnymi markami w swoich gatunkach można potraktować frekwencję, która naprawdę dopisała - w klubie było tego wieczoru wyjątkowo tłoczno.

Otwierający koncert warszawsko-lubelski Dopelord zaprezentował przed publicznością materiał ze swojej najnowszej, tegorocznej płyty "Children of The Sun". O ile sam album wydaje się nieznacznie lżejszy od swoich poprzedników, tak można przyznać mu punkty za nieco "szlachetniejsze" brzmienie utworów; na żywo sprawdzają się one co najmniej równie dobrze jak wcześniejszy materiał.
Stylistycznie kapelę tę można porównać do takich nazw, jak Bongzilla, Cathedral, Black Tusk, Sleep czy Weedeater. Właśnie jej solidne, oldschoolowe riffy najwyraźniej z grup występujących na firlejowskiej scenie oddają hołd sabbathowej tradycji grania. Subiektywna prostota takiej muzyki spotyka się z różnym odbiorem, niemniej jednak jako fan gatunku nie wziąłbym jej w tym wypadku za przywarę. Gdy pod koniec setu skąpani w zielonym świetle muzycy zagrali "Reptile Sun" z nowego albumu, charakterystycznie bujający rytm kawałka przywiódł mi na myśl kultowy "Orgasmatron" Motörhead. Numer ten, jak usłyszałem od znajomych, ma na swój sposób hitowy potencjał.

Następna na scenę wyszła również stołeczna Sunnata. W tym wypadku do czynienia mamy z bardziej nowoczesną, miażdżącą odmianą sludge'u i doomu, podchodzącą wręcz pod post-metal. Zeszłorocznym swym dziełem, zatytułowanym "Zorya" muzycy postawili moim zdaniem poprzeczkę jeszcze wyżej niż na i tak mocnym debiucie. Potężna, niemal drone'owa ściana dźwięku budowana skrupulatnie przez nich skojarzyła mi się z także wyborowym koncertem kapel YOB i Conan w tymże samym miejscu zeszłej jesieni. Natchniona, rytualna specyfika muzyki grupy pozwala postawić ją także obok Ufomammuta, czy nawet nieodżałowanego zespołu Isis. Gdy cichły masywne, tłuste riffy na nastrojonych nisko aż do samego piekła gitarach, przeplatane były w pewnym sensie ambientowymi wstawkami przypominającymi biały szum, bardziej atmosferycznymi instrumentalnymi partiami czy solówkami, w tym z dodającym smaku użyciem flangera.
Wspomnę ponadto o zasłyszanej przeze mnie opinii jednego z widzów, że ekspresja sceniczna zespołu jest nieco teatralna - faktycznie, zdecydowanie większe wrażenie robiłaby jednak z bardziej rozbudowaną oprawą, oświetleniem itp.
Jedynym, co wprawiło mnie w lekką konsternację była głośność przesterowanego na tzw. „betoniarkę” bassu – z jednej strony dodawała całości mocy, z drugiej sprawiająca wrażenie, jakby zagłuszała gitary. Pomimo tego to właśnie występ Sunnaty był dla mnie gwoździem programu i będę z pewnością wyczekiwał ich kolejnego koncertu w tych stronach.

Gwiazdy wieczoru przedstawiają odmienny, lżejszy od grających wcześniej typ stoneru, co nie oznacza, że robi on mniejsze wrażenie. Poziom techniczny Stoned Jesus przejawiający się choćby w dzikim, rozimprowizowanym sposobie gry, tak jak i umiejętne przywoływanie klimatu klasycznego, psychodelicznego rocka w cięższym bardziej sfuzzowanym wydaniu kupują sympatię wielu słuchaczy. Utwory z ich chyba najbardziej znanego albumu, "Seven Thunders Roar" z 2012 roku, na którym oparli swą setlistę, bronią się dzięki temu na żywo brzmiąc świeżo nawet jak na mocno eksploatowaną w ostatnich kilku ładnych latach estetykę retro rockową. W kontekście tej zaś można porównać SJ tak pod kątem brzmienia i struktury kawałków oraz renomy wśród odbiorców do składów w rodzaju wspomnianego już Sleep, Witchcraft, Orchid, Smoking Spore, Kyuss, Samsara Blues Experiment czy Monster Magnet. Ukraińcy dzielą z kolegami po fachu zakorzenienie ich kompozycji tak w starym hard rocku i heavy metalu (oraz, jak sami twierdzą, w grunge'u), jak i w blues rockowym jammingu, a także - szczególnie wczesnym, z przełomu lat 60. i 70. - rocku progresywnym. W kwestii tego ostatniego - niektóre solówki gitarowe trąciły szkołą gilmourowskiego Pink Floyd, w połączeniu z hipnotyczną grą sekcji rytmicznej zaś budowały dość space rockowy klimat, przywodzący na myśl dokonania Hawkwind z lat 70. Ogólne wrażenie pozostawili po sobie jak dla mnie zdecydowanie pozytywne.

Na plus także zasługuje fakt doboru wykonawców tak, że każdy z nich prezentował odmienne spojrzenie na okołostonerowe brzmienie. Przyznam, że jest to estetyka dosyć mocno tendencyjna - opinia, że motywy skomponowane przez pionierów typu Black Sabbath i Saint Vitus jako baza gatunkowa powtarzają się nagminnie w twórczości coraz to nowszych kapel jest powszechna i trudno się z nią nie zgodzić. Nie spodziewałbym się jednak szybkiego zaniknięcia takiej szkoły grania, na pewno nie póki kapele takie jak, Stoned Jesus, Sunnata i Dopelord gromadzą na swoich gigach tyle osób, co w Firleju. I oby niosły dalej swoje transowe, zjarane dźwięki w świat, trzymam kciuki.
_________________________________

- K. Góral