Artykuly > Recenzje imprez > Testament w Eterze

Ostatnio we Wrocławiu sporo się dzieje. Ustanowienie miasta Europejską Stolicą Kultury w roku 2016 spowodowało, że również fani ciężkiego brzmienia odcinają kupony. Dopiero co na stadionie wystąpiła legendarna heavymetalowa grupa Iron Maiden wspomagana przez popularny Anthrax. Coraz bliżej do kolejnego wielkiego wydarzenia, tj. koncertu Rammstein oraz Limp Bizkit. Nie można też pominąć widowiska tak wielkiego, że nawet transmitowanego w telewizji: show Davida Gilmoure'a.

Taaaaa, sporo się dzieje ostatnio... Dodajmy do tego jeszcze Mistrzostwa Europy w piłce nożnej – wszyscy najpierw kibicowali Polakom, a teraz zgodnie kibicują przeciw Portugalczykom. Przez to wszystko dopiero dziś znalazłem kilka minut, by przysiąść i przywołać wspomnienie koncertu Testament, który odbył się w ubiegłym tygodniu w klubie Eter.

Przyznam się szczerze, że zaduch panujący w klubie (pomimo rzekomo włączonej klimatyzacji) wygonił mnie na zewnątrz podczas występu zespołu Raging Death poprzedzającego gwiazdę wieczoru. Jednakowoż – by nie uradzić młodych muzyków – zadałem kilka pytań znajomym na sali, a ci zgodnie stwierdzili, że "choć Ameryki nie odkryli, to zagrali przyzwoicie". Gdybym ja miał przyjemność rozgrzewać publiczność przez Testament, uznałbym to za nadto wyszukany komplement.

Nie owijając jednak w bawełnę przejdę do występu Testament. Jeśli miałbym opisać go jak najkrócej, powiedziałbym: „PO RAZ KOLEJNY DOWIEDLI, ŻE WIELKA CZWÓRKA MOŻE IM CZYŚCIĆ BUTY”. I nie wstydzę się tych słów ani trochę; uważam, że wszystkie kapele z tej tzw. Wielkiej Czwórki to karlejący giganci. Najlepiej radzi sobie Megadeth grając mniej więcej to, w czym zawsze wypadali najlepiej, ale polotu z lat 80 i 90 w sobie nie mają.

Testament nie dość, że nigdy nie zdradził swojego brzmienia i stylu (największą odskocznią była płyta „The Ritual” wciąż utrzymana w heavymetalowym klimacie oraz ekstremalnie ostrzejsze „Low” i „Demonic”), to przy okazji odświeżył styl i nie zjada własnego ogona. Umiejętności muzyków wchodzących w skład zespołu też zdecydowanie odznaczają się na tle konkurentów czyniąc z Testament prawdziwą THRASHMETALOWĄ SUPERGRUPĘ.

Co do samego koncertu, to nie byłbym sobą, gdybym troszkę nie ponarzekał na dźwięk. Eter – choć nie jest klubem przystosowanym do tego rodzaju muzyki – i tak dość dobrze poradził sobie z nagłośnieniem. Realizatorom jednak chyba aż nazbyt zaimponował za perkusją niezawodny Gene Hoglan, bo zagłuszył zupełnie bas, momentami nawet gitarzystów. To wielka szkoda nie usłyszeć popisów Steve'a DiGiorgio lub pozwolić, by umknęły nam smaczki z solówek Alexa Skolnicka i Erica Petersona.

Nie wyobrażam sobie jednak jak mocno trzeba by walić w bębny i talerze, by zagłuszyć fenomenalnego Chucka Billy'ego. Z pochodzenia gigantyczny Indianin, którego niesamowity głos przez lata kariery zgrubiał i zniżył swój tembr, przebijał się przez cały ten hałas i czarował fanów. Tłum wypełniający klub po brzegi w amoku śpiewał i wrzeszczał słowa takich starych przebojów jak „The Preacher”, „D.N.R.”, „Discilpes of The Watch” czy „Practice What You Preach”. Numery z ostatniej płyty zatytułowanej „Dark Roots of The Earth” po raz kolejny sprawdziły się w wydaniu na żywo. Jeśli miałbym narzekać na coś od strony setlisty, to zdziwił mnie brak „Souls of Black” pośród bisów. Ponadto liczyłem, że tym razem sięgną po „Electric Crown” albo zwolnią tempo grając „Return To Serenity”.

Cóż, na pewno to nie była moja ostatnia wizyta pod sceną na koncercie Testament, dlatego nic straconego!
Ocena: strzał w pysk/10

Grzegorz Kolasiński