Artykuly > Recenzje imprez > The Black Dahlia Murder + Drown My Day + Soundfear (13.07)

13 lipca 2015r. we Wrocławskim klubie Liverpool odbył się koncert na który długo czekałem. Dzięki agencji P.W.Events mieliśmy okazję zobaczyć na żywo THE BLACK DAHLIA MURDER oraz supportujące ich DROWN MY DAY oraz SOUNDFEAR.

W klubie pojawiłem się około godziny 19:40 i tu moje pierwsze ogromne zaskoczenie! Nie ma „obsówki”, która na polskich koncertach chyba na stałe wpisała się do repertuaru zespołów oraz co poniektórych organizatorów . Koncert zaczął się równo 19:30 i na scenie już działali chłopaki z Kalisza czyli SOUNDFEAR. Pomimo braku basisty zespół zagrał naprawdę doskonały i żywiołowy koncert. Widziałem ich już parę razy ale z ręką na sercu przyznam, że ten był ich najlepszym jakie widziałem. O ile muzyka metalcore’owa jakoś do mnie specjalnie nie przemawia tak wczoraj byłem zachwycony. Chłopaki nawet pomyłkę w setliście zakamuflowali tak, że ciężko by było się zorientować. To co na scenie wyprawiał Szaman - jeden z wokalistów to był jakiś istny obłęd. Po 20 minutach koncertu pojawiła się nawet pierwsza ofiara zabawy z rozciętym łukiem brwiowym, która opatrzona przez pogotowie powróciła w glorii i chwale na koncert. Szkoda jednak , że zabrakło kogoś kto obsłużył by niskie rejestry na gitarze. Koncert na pewno zyskał by jeszcze większą moc.

Przerwa na wizytę w zakrwawionej toalecie oraz kufelek zimnego piwka i już na scenie pojawili się Krakowiacy z DROWN MY DAY. Nie lada ciężkie wyzwanie stało przed nimi. Po występie SOUNDFEAR ludzie mieli problemy z utrzymaniem pionu lecz już na drugim numerze „Forgotten But Not Forgiven” pojawili się pierwsi, którzy pozbierali siły. Krakowiacy nie litowali się nad wrocławską publiką. Strzelali numerami jak szatan do grzeszników. „Confession”, „Tear The Flash” oraz „Morality Of A Cannibal” to tylko garstka z repertuaru, która spowodowała opętańczy uśmiech na mojej twarzy oraz chęć do zmieszania się z tłumem szaleńców pod sceną. DROWN MY DAY zagrali bardzo dobry koncert, zabrzmieli naprawdę potężnie lecz żywiołowością zostali niestety przyćmieni przez SOUNDFEAR.

Kolejna przerwa na przepinkę, kibel już posprzątany a piwo leją dalej przyjemnie chłodne. Frekwencja dopisała więc w klubie zrobiło się dość duszno i wilgotno. Nie minęło więcej niż 20 minut i na scenie pojawili się Amerykanie z THE BLACK DAHLIA MURDER. Nie było żadnego Intro ani innych pierdów. Wpadli na scenę jak grom z jasnego nieba i zaczęli siać zniszczenie wśród publiki zebranej pod sceną. Jaką radością było zobaczyć jak młode pokolenie skacze ze sceny, moshuje oraz uprawia pradawną technikę machania łbem – headbanging. Czego pod sceną nie było? Circle Pit? Wall of Death? Było wszystko i to dla każdego artysty powinno być największą nagrodą od publiki. No ale do brzegu bo toniemy. Koncert rozpoczęty wspaniałym In „Hell is where she waits for me” pod sceną już od pierwszego numeru szaleństwo i obłęd. Masa fotografów walcząca o kawałek miejsca oraz haust powietrza. „Moonlight Equilibrium”, „On Stirring Seas of Salted Blood”, numer zapowiadający najnowszy krążek TBDM - „Vald. Son of the Dragon”. Młyn pod sceną oraz rogal na spoconej twarzy każdego fana coraz większy! Istny szał! Amerykanie nie biorą jeńców i nie zwalniają nawet na chwilę. Doskonały kontakt z publiką, doskonałe nagłośnienie i małe kłopoty z… basem. No cóż złośliwość rzeczy martwych na szczęście techniczny szybko zareagował i problem zniknął.
Foto: THE BLACK DAHLIA MURDER, DROWN MY DAY, SOUNDFEAR

THE BLACK DAHLIA MURDER zabrało nas w podróż po całej swojej twórczości. Fani śpiewający razem z Trevorem oraz mega kocioł pod sceną - chyba spodobało się wokaliście bo sam zszedł ze sceny, żeby pobawić się z publiką. Długo miejsca pod sceną nie zagrzał bo szybko ludzie wrzucili go powrotem na nią. Chłopaki grali około dwóch godzin i zagrali prawie dwadzieścia utworów. Na końcu już dziękowałem szatanowi, że skończyli bo jak by zagrali jeszcze z 15 minut to podejrzewam, że brak powietrza oraz stężenie potu w klubie by nas zabiło.

Reasumując. Był to nie wątpliwie jeden z najlepszych koncertów na jakich byłem zorganizowanym w klubie Liverpool. Wielkie ukłony w stronę organizatora z P.W.Events bo wszystko było poodpinane na ostatni guzik i na najwyższym poziomie. Nie było ani jednego złego zespołu. Wszyscy zagrali na naprawdę wysokim poziomie i rozkręcili naprawdę świetną imprezę. Piwko było zimne a to jest najważniejsze... zaraz po koncertach oczywiście. Mamy tylko nadzieję, że zespoły oraz publika tak licznie zebrana tego wieczoru także podzielali mój entuzjazm.

Jerry