Wiele lat musiało upłynąć, i dziesiątki płyt powstać, by do Polski zawitał Ten zespół, już o statusie legendy. Mowa o jednej z bardziej enigmatycznych, a na pewno awangardowych grup o profilu okołomuzycznym, The Residents. Zespół o którym wiele osób słyszało, bardzo dużo twierdzi, że lubi, kilka się pochwali iż przesłuchało przynajmniej połowę albumów, ale tak naprawdę, przed ich koncertem, do końca nie znał nikt.
Choć zespół gościł już w naszym kraju dwa lata temu, Wrocławianie pierwszy raz mieli możliwość usłyszenia The Residents u siebie. Ciepły wieczór, 4 maja, sala teatralna Impartu. Na pół godziny przed planowanym rozpoczęciem w holu zaczęli sie zbierać ludzie. Przekrój ogromny - nastolatkowie, panowie w średnim wieku dumnie wypinający piersi ubrane w koszulki z zespołami progresywnymi, w końcu dostojnie wyglądajace małżeństwa z dziećmi.

fot. Paweł Giergisiewicz
Dla wielu oczekiwana gwiazda była na pewno bardzo ważnym zespołem w historii muzycznej psychodelii, dla pozostałych przypadkowym wydarzeniem. Jak kolwiek by nie być nastawionym, pewnym było, że Rezydenci nie pozostawią nijakich odczuć u nikogo. The Residents to nie tylko zespół i muzyka, to jeden wielki szyderczy śmiech z konwenansów. I to zionący surrealistycznym, tajemniczym oddechem.
Po przekroczeniu progu sali, i zajęciu swoich miejsc, pierwszym co przykuło uwagę była dekoracja na scenie. Tlący się sztucznym ogniem kominek, na którym stał wiekowy telewizor i lampa. Na lewo od niego czekał syntezator i laptop, na prawo stała skórzana kanapa i taboret. Poza tym, w tle zawieszone były trzy okrągłe ekrany do wizualizacji.
Około pół godziny po planowanym rozpoczęciu koncertu, na scenie pojawiła się postać ubrana w czerwony, cekinowy frak i czarną maskę będącą połączeniem maski tlenowej i dredów, która na myśl nasuwała głowę czarnego owada. Postać zapaliła lampkę, włączyła telewizor i zajęła miejsce przy keyboardzie. Po chwili pojawili się tak samo ubrany gitarzysta a także wokalista w bardzo zapadającym w pamięć stroju: maska starca, koszula, ogromny, czerwony krawat w grochy, szlafrok w paski, bokserki i spore buty przypominające obuwie klauna. I zaczęli grać.
Na początek panowie zaserwowali Smelly Tongues z debiutu oraz Sleepwalker. To mocne uderzenie było jednym z najbardziej energetycznych momentów koncertu. Doskonałe nagłośnienie, minimalizm dźwiękowy, a jednocześnie jazgot gitarowy wywołały uśmiech na twarzy każdego fana zespołu. Po tej introdukcji lider przedstawił zespół i wygłosił krótką przemowę. Mogliśmy się dowiedzieć, że wokalista ma na imię Randy, klawiszowiec Chuck, a gitarzysta Bob, a zespół to The Residents, którzy od prawie 40 lat grał jako kwartet, lecz jeden z członków imieniem Carlos wyjechał do Meksyku. W takiej sytuacji cóż innego można zrobić, jak nie wykrzyknąć ze sceny „fuck Carlos!” i grać w trio?
Wydźwięk przedmowy był taki, iż to My znajdujemy się w salonie zespołu (nie zapominajmy o scenografii) i wysłuchamy kilku opowieści.

fot. Paweł Giergisiewicz
Głównie z tych opowieści składał się set. Poza pojedyńczymi utworami z najlepszych płyt zespołu + kilkoma nowymi kompozycjami, historie, które usłyszeliśmy zachowane były w nastroju teatralnego performancu - modulowany głos, mocna gestykulacja, taniec, i przerażające doświadczenia dotyczące Mirror People czy duchów. Pomysł świetny, jednak przesycenie tych 'wstawek' było męczące. Aczkolwiek forma robiła wrażenie - minimalistyczne oświetlenie, psychodeliczne wizualizacje i mroczne teksty miejscami były na prawdę przerażające. Ciężko jednak nie odnieść wrażenia wielkiego niedosytu muzycznego. Co z tego, że usłyszeliśmy Semolinę czy They Are The Meat, skoro to wciąż za mało! Rozumiem, że zespół koncertuje już kilkadziesiąt lat i mogą sobie pozwolić na zerwanie z formułą 'gramy nowe kompozycje + the best of', ale dla mieszkańca kraju, w którym była to pierwsza i prawdopodobnie ostatnia okazja zobaczenia The Residents na żywo, zaprezentowany zestaw był niewystarczający.
Foto: The Residents w Imparcie!
Wracając do 'lustrzanych ludzi', których motyw przewijał się przez cały występ. Są oni wrogami naszego wokalisty. Czają się na niego i chcą zostać nim. Historia kończy się tym, że Randy na oczach widowni wyciąga lusterko, patrzy w nie, po czym nagle dostaje po oczach promieniem światła z niego i pada na ziemię, a my zostajemy uderzani ogromną ścianą dźwięku i stroboskopów. Wtedy on wstaje i trochę zmienionym głosem ponownie przedstawia zespół i rzuca kilka bluzgów na Carlosa.
Historia była ubarwiana rozmaitymi żarcikami, nie tylko o Carlosie, nie ma sensu ich przytaczać, mogę tylko zapewnić, że trzymały poziom i klimat.
Jakkolwiek żałuję, że nie załapałem się na którąś z wcześniejszych tras The Residents, nie ukrywam wielkiej ekscytacji związanej z samym faktem zobaczenia na żywo zespołu tak dla mnie ważnego. Nawet z tak 'dziurawym' repertuarem.
Paweł Giergisiewicz |